Wady i zalety

Wratislavia w takiej formie, w jakiej powoli się odradza, z pewnością spodobałaby się swojemu twórcy. Mogą pojawić się zarzuty, że jest festiwalem staroświeckim, ja jednak odnoszę wrażenie, że w wymiarze poszukiwań to impreza znacznie bardziej odważna, niż festiwale krakowskie.


fot. Ł.Rajchert

Lubię Wratislavię przede wszystkim ze względu na wyjątkową atmosferę miasta. Pod dyrekcją Paula McCreesha Festiwal ma swoje wady, ale chyba jednak więcej zalet. Wydaje mi się, że bardzo mało wiedzieliśmy i wciąż wiemy na temat muzyki Wysp – chyba jedynego kraju w Europie, który ma nieprzerwaną tradycję muzyczną, rozpiętą na rozmaitych szczeblach drabiny społecznej. Dlatego właśnie dla nas muzyka brytyjska XIX i XX wieku, poza kilkoma nazwiskami, jest biała plamą. Dzięki McCreeshowi zaczęliśmy znowu słuchać Elgara czy Vaughan Williamsa. Wydaje mi się to bardzo ważnym i cennym doświadczeniem.

McCreesh z jednej strony wprowadził nas w świat muzyki brytyjskiej, zwłaszcza wokalnej, z drugiej – trochę nam ten obraz zafałszował

Mniej cennym doświadczeniem natomiast było przeładowanie programów festiwali zespołami samego McCreesha oraz wykonawcami goszczącymi na brytyjskich festiwalach tego artysty, którzy, przyjeżdżając do Wrocławia, utwierdzają nie do końca sprawiedliwy obraz brytyjskiej szkoły wykonawczej. To prawda, że Brytyjczycy są zdecydowanie bardziej kostyczni, sztywni, mniej emocjonalni i spontaniczni niż wykonawcy francuscy, a zwłaszcza artyści włoscy. Nie jest zaś prawdą, że nie ma tam ewolucji stylu wykonawczego. Ona jest, ale do nas, z winy McCreesha, docierają muzycy, którzy swoje najlepsze lata mają już za sobą. Dotyczy to zwłaszcza zespołów wokalnych. Dlatego, moim zdaniem, McCreesh z jednej strony wprowadził nas w świat muzyki brytyjskiej, zwłaszcza wokalnej, z drugiej – trochę nam ten obraz zafałszował.

Jeszcze długo ludzie, którzy mają wizję jakiejkolwiek imprezy, którzy mają koncepcję nie ograniczoną wyłącznie do jednego sezonu, będą za to bardzo dotkliwie karani. I taką właśnie karę w zeszłym roku poniósł McCreesh.

Krytycy i publicyści zajmujący się Wratislavią przez te kilka lat niedostatecznie mocno to zaakcentowali, kierując się poniekąd dobrymi chęciami, choć źle pojętymi. Niestety, żyjemy w kraju, w którym każda krytyka, nawet konstruktywna, od razu poczytywana jest za atak. W związku z tym bardzo baliśmy się oceniać niektóre występy zbyt surowo, obawiając się, że wylejemy dziecko z kąpielą, a wszystko skończy się gigantyczną awanturą. Wówczas impreza ta, tak skrupulatnie cucona po rozmaitych eksperymentach poprzednich dyrektorów, przeżyłaby kolejny kryzys. Jak się okazało w zeszłym roku – i było to bardzo smutne doświadczenie – cios przyszedł z zupełnie innej strony. Był to cios finansowy. Wówczas zdaliśmy sobie sprawę z tego, że w Polsce planowanie długofalowe w dziedzinie kultury jeszcze długo nie będzie możliwe. Jeszcze długo ludzie, którzy mają wizję jakiejkolwiek imprezy, którzy mają koncepcję nie ograniczoną wyłącznie do jednego sezonu, będą za to bardzo dotkliwie karani. I taką właśnie karę w zeszłym roku poniósł McCreesh. Sądzę, że z tego właśnie powodu programem tegorocznego Festiwalu już zaczyna żegnać się z publicznością. I choć wiadomość o zakończeniu jego kadencji podano stosunkowo niedawno, odnoszę wrażenie graniczące z pewnością, że McCreesh z prowadzenia Festiwalu zrezygnował we wrześniu ubiegłego roku. Stąd właśnie Pieśni przemijania, Pieśni pożegnania i inne podobnie układane programy. To moje bardzo osobiste odczucie.


Dla mnie, krytyka przyjezdnego, największą niedogodnością tegorocznej imprezy jest rozstrzelenie jej na trzy weekendy. W związku z tym będę do Wrocławia trzykrotnie przyjeżdżać i tyle samo razy wyjeżdżać. Z drugiej strony rozumiem, że Festiwal już od kilku lat rozprzestrzenia się po całym Śląsku, a jego celem jest dotarcie nie do wąskiej grupy wytrawnych melomanów i znających się na swoim rzemiośle krytyków muzycznych, ale przede wszystkim próbuje pozyskiwać grono szerszej publiczności. Z takiego punktu widzenia skupienie nieco dłuższego niż w zeszłym roku Festiwalu wokół trzech weekendów być może nie jest złym rozwiązaniem.

Beowulf to rzecz nieprawdopodobna i strasznie się na ten koncert cieszę. Występ Bagby’ego jest przemyślany w każdym szczególe, w każdej nucie, w każdym uniesieniu tonu, w każdym geście, w każdym pozornie przypadkowym ornamencie.

Wratislavia jest znów bardzo zróżnicowana pod względem repertuarowym, być może nawet bardziej niż w poprzednich latach. Rozpocznie się występem Benjamina Bagby’ego, który jest przede wszystkim badaczem, uczonym, człowiekiem, który siedzi w archiwach. Beowulf to rzecz nieprawdopodobna i strasznie się na ten koncert cieszę. Obawiam się nawet, że Festiwal zacznie się tym koncertem i (nie daj Boże!) nim skończy, że potem nie będzie już nic równie ciekawego. Jest to prawie dwugodzinny występ człowieka, który śpiewa z pamięci epos. Nie docenimy tego w pełni, dlatego, że nie znamy języka i tradycji. Natomiast coś, co dla laika będzie, być może, sprawiało wrażenie improwizacji, jest przemyślane w każdym szczególe, w każdej nucie, w każdym uniesieniu tonu, w każdym geście, w każdym pozornie przypadkowym ornamencie.

Wispelwey gra bardzo stylowo, ale zarazem, w jakiś dziwny sposób, jego interpretacje są uniwersalne. To niesłychanie rzadki przypadek.

Z dużą niecierpliwością czekam na recital wiolonczelowy Pietera Wispelweya. Słyszałam go we Wrocławiu kilka lat temu, kiedy grał Suity wiolonczelowe Bacha. Tym razem, oprócz Bacha, zagra skrajnie inną muzykę Brittena i Regera. Wispelwey gra bardzo stylowo, ale zarazem, w jakiś dziwny sposób, jego interpretacje są uniwersalne. To niesłychanie rzadki przypadek. Kiedy wykonuje Bacha, to pobrzmiewa w tym muzyka XX wieku. Podejrzewam, że kiedy będzie grał Maxa Regera, to będzie pobrzmiewał w niej Bach, przy jednoczesnym zachowaniu wszystkich prawideł stylu i specyfiki gry na instrumencie historycznym i współczesnym. Wispelwey to przede wszystkim człowiek niebywale muzykalny. I pod tym względem zaliczyłabym go do podobnej kategorii, co Benjamina Bagby’ego – czyli potężna wiedza zderzona z niesłychaną muzykalnością. W tym kontekście z niepokojem czekam na recital klawesynowy Gustava Leonhardta, ponieważ boję się, że będziemy mieli do czynienia z przerostem wiedzy nad muzykalnością.

Czekam jeszcze na koncerty z muzyką współczesną. Jest to wprawdzie muzyka dość zachowawcza, czy też polska muzyka współczesna w wersji „light”, strawna dla szerokiego grona odbiorców – mówię o Góreckim, Krzanowski, Pendereckim, Szymańskim. Mówię to bez ironii, bo są to wszystko naprawdę świetne utwory. Mam ogromny sentyment do III Symfonii Góreckiego i uważam, że jeżeli jest dobrze wykonana, zaliczyć ją trzeba do  najbardziej wstrząsających utworów XX wieku. To, co mnie najbardziej w nim porusza, to nie powrót do tonalności, tylko niesłychanie odważne i bardzo spektakularne zestawienie tekstów. Z tego samego powodu z ogromną ciekawością jeszcze raz posłucham Pieśni przemijania Pendereckiego Jeśli bowiem coś się we mnie buntuje przeciwko dziwnemu eklektyzmowi tej muzyki, przeciwko powrotowi do impresjonistów francuskich i Mahlera, to chciałabym się lepiej przysłuchać wyborom poetyckim Pendereckiego i zastanowić, do kogo właściwie jest ten utwór adresowany. Podobne pytania pojawią się – nie mam co do tego wątpliwości – podczas koncertu z utworami Szymańskiego, Krzanowskiego i Góreckiego.

Chylę czoło przed McCreeshem, który dwukrotnie na swój Festiwal zaprosił Gardinera. A przecież wiadomo, że go nie znosi. Chciałabym, żeby następni dyrektorzy artystyczni Wratislavii potrafili wykazać się takim charakterem.

To, co uważam za najważniejsze w koncepcji programowej McCreesha, to powrót, i to szczęśliwy, do wokalności. Wprawdzie nie jest to reguła nie znosząca żadnych wyjątków, ale takiej potężnej dawki muzyki wokalnej chyba nie mieliśmy od czasów, być może, Andrzeja Markowskiego. Pod tym względem jest to Festiwal bardzo ciekawy i chyba jedyny taki w Polsce. Myślę, że Wratislavia w takiej formie, w jakiej teraz powoli się odradza, z pewnością spodobałaby się swojemu twórcy. Oczywiście, mogą pojawić się zarzuty, że jest festiwalem staroświeckim, przyciągającym publiczność mieszczańską, nastawioną bardziej na efekt, przepych, niż na prawdziwe przeżycie. Ja jednak odnoszę wrażenie, że w wymiarze poszukiwań jest to impreza znacznie bardziej odważna niż na przykład festiwale Berkowicza w Krakowie. Zarówno Misteria Paschalia jak i Sacrum Profanum są zestawiane z list przebojów i nie ma tam absolutnie miejsca na żaden eksperyment, na żadną katastrofę, na żaden dyskurs. Może być wyłącznie zachwyt. McCreesh zaś serwuje nam często muzykę w Polsce nieznaną, zdarza się, że w nieznanych wykonaniach. I to jest bardzo cenne dla nas doświadczenie.

Cieszę się, że zmienia się dyrekcja i że za dwa lata będzie rządził Festiwalem pełnokrwisty  i gorącego temperamentu Włoch. Mam jednak nadzieję, że nie popadnie w żaden stereotyp. Każdy dyrektor artystyczny, który sam jest muzykiem, siłą rzeczy – nie powinniśmy się na to zżymać – współpracuje z ludźmi, których zna, do których ma zaufanie, i których estetykę wykonawcza po prostu ceni. Nie widzę w tym nic dziwnego. Chylę czoło przed McCreeshem, który dwukrotnie na swój Festiwal zaprosił Gardinera. A przecież wiadomo, że go nie znosi. Chciałabym, żeby następni dyrektorzy artystyczni Wratislavii potrafili wykazać się takim charakterem. Nie lubię McCreesha, ale przyznaję, że kilkakrotnie mi zaimponował. Dlatego będę się żegnać z dyrektorem nie lubianym, ale na pewno wielkiego formatu.


Notował pm


Dorota Kozińska – publicystka, krytyk muzyczny, pracuje w dwutygodniku „Ruch Muzyczny”.


Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans
50-106 Wrocław, Rynek 7, Pasaż pod Błękitnym Słońcem
tel. (+4871) 330 52 10, 330 52 11, fax 330 52 12
e-mail: office@wratislavia.art.pl