Falowanie i wspinanie

Niebezpieczeństwa, które dostrzeżono na początku kadencji McCreesha, mnie tak bardzo nie niepokoiły. Wolę, kiedy festiwal jest zaprogramowany niezgodnie z moimi oczekiwaniami, ale ma wyrazistą koncepcję i spójną wizję artystyczną.


fot. Jonas Sacks


Sytuacja w Polsce po przełomie roku 1989 – nie tylko polityczna i społeczna, lecz także ekonomiczna, a co za tym idzie, kulturalna – diametralnie się zmieniła. Większość imprez, kiedyś dobrze prosperujących, zaczęła przeżywać kryzys. Wynikał on z podejścia elit politycznych. Potrzeba uczestniczenia w wydarzeniach kulturalnych odsunięta została na daleki plan. Liberalna polityka ekonomiczna sprawiła, że kultura miała zacząć radzić sobie sama. Okazało się, że wcale sobie nie radzi. I nie radzi sobie chyba nigdzie na świecie, może oprócz Stanów Zjednoczonych, a i tam nie wygląda to różowo. Wratislavia Cantans, podobnie jak Warszawska Jesień, padła ofiarą tego sposobu myślenia. Oba te festiwale przeżywały kryzys ekonomiczny, frekwencyjny i programowy. Z drugiej strony, sami organizatorzy musieli nie tylko znaleźć nowe źródła finansowania, lecz także zdobyć zainteresowanie słuchaczy. Ludzie zaczęli mieć mniej czasu i pieniędzy, bo przecież w nowej Polsce przestawiły nam się priorytety. „Falowanie” Wratislavii i innych polskich festiwali na początku lat 90. było dosyć smutne.

Myślę, ze dobrym posunięciem było zaproszenie Paula McCreesha na stanowisko szefa artystycznego. To duże nazwisko w świecie artystycznym, co zawsze jest wartością samą w sobie. Po pierwsze osoba taka ma zwykle interesujący notatnik z adresami zaprzyjaźnionych artystów. Po drugie – daje festiwalowi markę. Po trzecie – McCreesh jest silną osobowością, co oznaczało wyrazisty profil, który Wratislavia miała przybrać. Po ogłoszeniu tej decyzji, nadzieje równoważyły się z obawami. Nadziej już wymieniłem, zaś obawy dotyczyły zdominowania programu Festiwalu przez osobiste preferencje jego szefa. Dostrzegłem zresztą kilka tego symptomów. To przechył w stronę muzyki dawnej, choć McCreesh przecież sam się zmienia i ostatnio zapuszcza w XIX, a nawet XX wiek. To także przechył w stronę muzyki brytyjskiej, co ja sam oceniam jednak pozytywnie, ponieważ muzyka ta wciąż nie jest u nas dostatecznie znana (inna sprawa, czy jest warta poznania, czy nie). Innym problemem było niebezpieczeństwo dominacji jednego stylu interpretacji. W wykonawstwie muzyki dawnej są przecież rozmaite szkoły – inaczej grają barok Włosi, inaczej Niemcy, a jeszcze inaczej Brytyjczycy. McCreeshowskie spojrzenie na muzykę dawną na Wratislavii zaistniało, choć, moim zdaniem, w dość niewielkim stopniu. Nie wiem, na ile było to koncepcją samego Dyrektora Artystycznego, a na ile wynikiem kompromisu osiągniętego w dyskusjach z innymi osobami decydującymi o kształcie Festiwalu. We Wrocławiu pojawiali się przecież Włosi i Niemcy, była reprezentowana szkoła holendersko-belgijska. Był wreszcie Gardiner, który uznawany jest za wielkiego konkurenta Pula McCreesha. Tak więc ta koncepcja się broni.

Wszystkie niebezpieczeństwa, które dostrzeżono na początku kadencji McCreesha, mnie tak bardzo nie niepokoiły. Wolę, kiedy festiwal jest zaprogramowany niezgodnie z moimi oczekiwaniami, ale ma wyrazistą koncepcję i spójną wizję artystyczną. Wtedy mogę wysuwać argumenty merytoryczne, spierać się, polemizować. A jeżeli program jest nijaki, jak to bywało we Wrocławiu wcześniej, to nie ma możliwości dyskusji. Nie lubię festiwali, które oferują „dla każdego coś miłego”. Odpowiedzialność za kształt Festiwalu wziął na siebie McCreesha i do niego można zgłaszać pretensje. A wizja Festiwalu jest za jego kadencji niewątpliwie wyrazista. Poza tym zbliża się do pierwotnych koncepcji założyciela Wratislavii, Andrzeja Markowskiego. Chciałbym jednak usłyszeć więcej muzyki oratoryjnej w sensie ścisłym, bo przecież początkowym założeniem było prezentowanie wielkoobsadowego repertuaru we wnętrzach sakralnych Wrocławia. Tego jest moim zdaniem za mało. Rozumiem jednak, dlaczego: wykonania takich dzieł angażują ogromne środki finansowe, co często jest problemem nie do rozwiązania.

Kolejną zaletą Wratislavii pod kierunkiem McCreesha, i zarazem ukłonem w stronę Markowskiego, są zamówienia kompozytorskie. Oczywiście, chciałoby się więcej. Jednak nazwiska, twórców, czyli wybory estetyczne, dla mnie były interesujące: Agata Zubel, Cezary Duchnowski, wreszcie Paweł Mykietyn i bardzo głośne wykonanie Pasji. W tym roku są to Paweł Szymański i Paweł Łukaszewski, czyli dwa spojrzenia na adaptację tradycji, czy też prawowanie się z tradycją w muzyce. Dużym atutem McCreesha jest też to, że wywodzi się z chóralistyki, z muzyki wokalnej, co dobrze koresponduje z pierwotnymi założeniami Markowskiego. Z tych wszystkich powodów era McCreesha była niewątpliwie ożywcza. Można z nią dyskutować, można też mieć pretensje. Trudno mu natomiast zarzucić brak wyrazistej myśli i spójności programowej.

Ciekawe, co się wydarzy wkrótce, w 2013 roku, kiedy pałeczkę przejmie Giovanni Antonini. O dalekowzroczności Wrocławia świadczy właśnie fakt, że już teraz, dwa lata wcześniej, znamy nowego szefa Festiwalu, który może zacząć prace nad koncepcją imprezy. To są standardy światowe i to mi się bardzo podoba.

Umieszczenie w programie tegorocznej Wratislavii repertuaru średniowiecznego i renesansowego jest, moim zdaniem, krokiem bardzo dobrym. Na mapie festiwali w Polsce i w naszej części Europy, Wratislavia Cantans zalicza się do „imprez masowych”. To nie jest niszowy festiwal dla akolitów, którego siła oddziaływania jest niewielka, a przekonuje zwykle i tak tylko na przekonanych. Festiwal wrocławski to zupełnie inna jakość. Dlatego wprowadzenie takiego repertuaru (a także muzyki współczesnej!) do programu imprezy o tak szerokim rezonansie, jest bardzo dobrym pomysłem. Czekam nie tylko na te utwory. Ciekawi mnie również, jaka będzie ich recepcja. Bo przecież nie jest to muzyka tak efektowna i tak „chwytająca za uszy”, jak muzyka barokowa, której w Polsce wykonuje się coraz więcej.

Z drugiej strony czekam na utwory współczesne, napisane przez kompozytorów, których szanuję, ale także takich, w stosunku do których mam wątpliwości. Być może jednak mnie przekonają. Ciekaw jestem kompozycji Pawła Szymańskiego, a może jeszcze bardziej Pawła Łukaszewskiego. Ten twórca to dla mnie to fenomen, ponieważ w świecie chóralistyki europejskiej jest niezwykle popularny, a w Polsce zupełnie nieobecny. To również problem samego repertuaru chóralnego, który lubię i z wielką ciekawością to środowisko obserwuję. Mam jednak wrażenie, że tworzy ono odrębny świat, jak gdyby równoległy wobec wielkiej sztuki instrumentalnej i wokalno-instrumentalnej, obecnej na festiwalach o dużym rozgłosie medialnym i w prestiżowych salach koncertowych. Muzyka chóralna gdzieś się dzieje i niby o tym wiemy. Ale jeśli przyjrzeć się temu bliżej, to okaże się, że jest to środowisko niezwykle prężne. Mówię tu również o śpiewaczym ruchu amatorskim. To wielka armia muzykalnych ludzi. Tym bardziej więc cieszę się, że w ostatnich latach pojawiały się na Wratislavii koncerty chóralne. Czekam na tegoroczny koncert brytyjskich mistrzów chóralistyki – Gabrieli Consort. Wybory Paula McCreesha w tym zakresie są specyficzne, czasami bardziej, czasem mniej ciekawe dla ucha „kontynentalnego”. Ale na pewno dzięki nim poszerzamy naszą wiedzę. Poza tym sam zespół, jego wyważone brzmienie, może trochę chłodne, ale zawsze bardzo precyzyjne – budzą mój szacunek.

Czekam również na „portrety instrumentów”, czyli recital oboisty Nicholasa Daniela i interpretacje Rachel Podger. Skrzypaczka przyjeżdża z repertuarem, który znamy na wylot, ale zawsze miło go posłuchać na żywo, szczególnie w takim, potencjalnie dobrym wykonaniu. Interesuje mnie konfrontacja niegdysiejszych dokonań Gustava Leonhardta z obecną formą tej legendy klawesynu.

Zwracam też uwagę na dominujący w tegorocznej edycji temat przemijania, który rozumiem na dwa sposoby. Po pierwsze przemijanie jako nieuchronność losu. Po drugie – ulotność, także samej muzyki i tego, w jaki sposób dzieło muzyczne istnieje. Rozpatrywanie powiązań tematycznych, aluzji i relacji wątków pobocznych do motywu głównego jest w tym roku interesujące. W programie Festiwalu nie widzę bardzo spektakularnych wydarzeń, ale myślę, że jest to sensownie zaplanowana impreza z dobrymi muzykami. A jeśli pogoda dopisze, czas spędzony we Wrocławiu będę dobrze wspominał.


Notował pm


Daniel Cichy – muzykolog, krytyk muzyczny, dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”.


Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans
50-106 Wrocław, Rynek 7, Pasaż pod Błękitnym Słońcem
tel. (+4871) 330 52 10, 330 52 11, fax 330 52 12
e-mail: office@wratislavia.art.pl