Teatr z innego świata

Dla mnie najciekawsze w tych spektaklach było doświadczenie czasu, jego swoiste zatrzymanie. Ruch trzeba nazwać hieratycznym, kanonicznym, dostojnym, obrzędowym. To rodzaj aktorstwa całkowicie nierealistyczny. Albo inaczej: owa realność jest głębsza.


fot. Tomasz Jarnicki


Aby wystawiać teatr średniowieczny, trzeba zająć się nie tylko nim samym, lecz także ramami, w jakich był tworzony. A ramy te stanowiła liturgia.

Piotr Matwiejczuk (Polskie Radio): Jak, zdaniem ojca, powinniśmy opisać fenomen Scholi Teatru Węgajty i to, co robią jej członkowie?

O. Błażej Matusiak OP: Teatr, spektakl, przedstawienie, muzyka zresztą również zawsze dzieją się w jakimś kontekście – społecznym, religijnym, w kontekście miejsca i innych zdarzeń. Tu należy szukać źródeł zainteresowania średniowiecznym dramatem członków Teatru Węgajty, z którego wyodrębniła się Schola. To teatr obrzędowy. Zresztą każdy teatr ma swoje źródła w obrzędzie. Sposób pracy Scholi wyraźnie odnosi się do tego, co w ostatnich dziesięcioleciach działo się w wykonawstwie muzyki dawnej. Mam na myśli współpracę artystów z naukowcami. Oczywiste jest bowiem, że – by wystawiać teatr średniowieczny – trzeba zająć się nie tylko nim samym, lecz także ramami, w jakich był tworzony. A jego kontekst stanowiła liturgia. Teatr był tu swego rodzaju komentarzem, rozbudowaniem nabożeństwa. Uruchamiał akcję, czy też raczej pokazywał ją w sposób dramatyczny, bo przecież „akcja” zawarta jest już w samej liturgii. Czasami przedstawienie ma charakter bardzo prostej ilustracji, jest po prostu odegraniem jakiejś historii z Ewangelii. Tak jest np. w Scenach o Zmartwychwstaniu (Ludus Paschalis). Często treść dramatów nie jest ściśle liturgiczna, czego przykładem jest scena z Marią Magdaleną: ma ona namaścić Jezusa i wdaje się w dialog ze sprzedawcą pachnideł. To po prostu czysto świecka scenka rodzajowa, włączona jednak w liturgię.

Jesteśmy więc na styku obrzędu liturgicznego i dramatu, który ten obrzęd dopełnia, a może raczej tłumaczy…

I tu dochodzimy do problemu niemalże filozoficznego: obrzęd jest co prawda dawny, ale już nie publiczność! Nawet jeśli artyści zadadzą sobie trud „przeorania” swej własnej świadomości, i nawet jeżeli będą pracować nad publicznością, by i ona ten trud podjęła, to jednak różnica mentalności wydaje się nie do pokonania. To jest po prostu teatr i muzyka z innego świata. Mówię to po to, by zwrócić uwagę na fakt, że to tłumaczenie, czy komentowanie, o którym pan wspomniał, nie ma nic wspólnego z naszą mentalnością i współczesną logiką. Słowem-kluczem, swoistym wytrychem do zrozumienia dramatu liturgicznego jest SYMBOL. Chodzi tu o metodę uprawiania chociażby teologii w dawnych wiekach, która oparta była – mówiąc w dużym skrócie – właśnie o symbole, typy, figury.

Niektóre przedstawienia ikonograficzne żywotów świętych są ilustracjami do dramatów, opowiadających o tych żywotach. To gotowe sceny, swego rodzaju klatki z filmu. Praca artystów Teatru Węgajty polegała na uruchomieniu, ożywieniu tych scen.

Skoro średniowieczna symbolika jest nam, współczesnym ludziom, w większości niedostępna, co możemy wziąć dla siebie ze spektakli Scholi Teatru Węgajty? Czy pozostaje nam cieszyć się wyłącznie wierzchnią, zmysłową warstwą tych przedstawień?

Dla mnie najciekawsze było doświadczenie czasu, jego swoiste zatrzymanie. Co też ma czysto praktyczne przełożenie. Mam tu na myśli choćby to, że artyści Scholi posługują się średniowieczną ikonografią. Wiadomo, że niektóre przedstawienia ikonograficzne żywotów świętych są właśnie ilustracjami do dramatów, opowiadających o tych żywotach. To gotowe sceny, swego rodzaju klatki z filmu. Praca artystów Teatru Węgajty polegała na uruchomieniu, ożywieniu tych scen. Wszelako ruch ten trzeba by nazwać hieratycznym, kanonicznym, dostojnym, obrzędowym. To rodzaj aktorstwa całkowicie nierealistyczny. Można to porównać do postaci przedstawionych na ikonach. Widzimy na nich rzeczywistych ludzi i prawdziwe wydarzenia, ale pokazane w sposób odrealniony. Albo inaczej: owa realność jest głębsza. Jeśli więc opowiada się dzieje jakiejś postaci, na przykład proroka Daniela, albo ogólnie znane – także współczesnym ludziom, i tym wierzącym, i tym niewierzącym – sceny biblijne, to konfrontacja z innym sposobem ich odczytywania, z inną wrażliwością, spowolnieniem rytmu narracji, nastawieniem medytacyjnym, jest rzeczą godną uwagi.

Węgajty wyrastają bardzo mocno z nurtu tradycji lokalnej. Nieprzypadkowo jest to teatr „wiejski”. Podobne źródła odnaleźć można u Grotowskiego czy w Gardzienicach. To wielki nurt śpiewu żywego, ludowego, naturalnego.

Dlaczego jednak mamy wierzyć w autentyczność tego, co robią artyści z Węgajt? O wiele łatwiej przecież odpowiedzieć na pytanie „co?”, niż „jak?”.

Ta interpretacja śpiewu jednogłosowego – który z braku lepszego słowa można nazwać chorałem – inspiruje się dwoma źródłami. Z jednej strony mamy bardzo silny nurt tradycji lokalnej, z którego wyrasta sam teatr. Nieprzypadkowo w jego nazwie znajdujemy słowo „wiejski”. Podobne jest w przypadku Grotowskiego i Gardzienic. To wielki nurt śpiewu żywego, ludowego, naturalnego. Teatr Węgajty czerpie z niego bardzo wprost i wyraźnie to w swoich przedstawieniach akcentuje. Polega to na przykład na dodawaniu do repertuaru dramatu liturgicznego starych polskich pieśni ludowych. Z drugiej strony istnieje tu nurt, który nazwałbym eksperymentalnym, związany z próbami odczytania chorału. Przy czym podkreśliłbym tu słowo „eksperymentalny”. W pierwszym składzie Ensemble Organum Marcela Pérèsa śpiewał co prawda Dominique Vellard, ale przecież później stworzył coś diametralnie innego. Trudno pomylić te dwa zupełnie różne światy chorałowe. Schola bardzo dużo korzystała z doświadczeń i wiedzy obu tych artystów, a także mistrzów greckich. A zatem odczytanie chorału daje bardzo różne efekty, zależne od wrażliwości tak muzykologów, jak i samych artystów.

Wersy otwierające Ludus Danielis to wzruszająca rymowanka, która mówi o tym, kto i kiedy ułożył ten utwór. Otrzymujemy dzieło od kleryków, młodych adeptów stanu duchownego, którzy dramat przedstawiają nam jako swoją pracę zbiorową powstałą w Beauvais.

Podczas pierwszego występu Scholi na Festiwalu usłyszymy i zobaczymy starotestamentową opowieść o proroku Danielu.

Ludus Danielis to dla mnie bardzo ciekawy przykład dramatu liturgicznego, a jednocześnie piękne przesłanie, które przychodzi do nas z bardzo określonego miejsca i czasu. Wersy otwierające dramat, jego motto: Chryste dla Twego uczczenia/Odegranie to Daniela/W Bełwaku jest poczęte,/A poczęli je młodzieńce – to wzruszająca rymowanka, która mówi o tym, kto i kiedy ułożył ten utwór. Otrzymujemy więc dzieło od kleryków, młodych adeptów stanu duchownego, którzy dramat przedstawiają nam jako swoją pracę zbiorową powstałą w Beauvais. To historia pełna wydarzeń i postaci; dramat wierny księdze Daniela, ale o charakterze epizodycznym. Tworzą go po prostu wybrane sceny z żywota Proroka. Chociaż utwór odwołuje się do Starego Testamentu, to jednak Daniel jest tutaj – używając języka teologii – typem, czy figurą Chrystusa. Co oznacza, że jego dzieje i wszystko co mu się przydarza, ale także wszystko, co robi sam, jego postawa, słowa i czyny, opowiada o Chrystusie. I, jak to zwykle bywa, podobieństwa takie muszą dotykać istoty rzeczy. Nie chodzi więc oto, by jakaś jego cecha była podobna Chrystusowej. Daniel – jak Jezus – niewinnie cierpi, jest mocnym, wyrazistym wyznawcą wiary. Znajdujemy tam również symboliczne odniesienie do śmierci i zmartwychwstania. A przede wszystkim, Daniel jest tu opisany jako ten, który głosi Boga prawdziwego w świecie pogańskim. I to jest właśnie główne przesłanie tego dramatu.



fot. Tomasz Jarnicki

Drugi występ zespołu to już koncert, podczas którego zabrzmią średniowieczne pieśni religijne. To najwcześniejszy repertuar w językach narodowych.

W XII i XIII wieku zaczęto wykorzystywać języki narodowe do ewangelizacji. Kontekst społeczny tego zjawiska jest bardzo ciekawy. Wtedy właśnie powstają bractwa śpiewacze, to tam rodzi się tego rodzaju repertuar, i tam jest wykonywany. Wyraźna jest też więź z tym, co się dzieje w Kościele. Mamy więc pieśni pielgrzymów, mamy pieśni ku czci świętych, także tych nowych. A więc można też spojrzeć na ten repertuar od strony miejsc, poszczególnych sanktuariów. Można się też zastanawiać – i myślę, że artystów również to zaprząta – na ile można mówić w tym przypadku o jakimś stylu międzynarodowym, na ile narodowym. Na ile wspólna Europa, mimo użycia języków narodowych, posługująca się przecież łaciną, ma swoje lokalne koloryty. A jeśli tak, to jak je oddać w muzyce?


Błażej Matusiak OP – dominikanin, filolog klasyczny, znawca muzyki dawnej, śpiewak; autor książki „Hildegarda z Bingen. Teologia muzyki”, recenzji płytowych, audycji radiowych „Musica in Ecclesia”.



Powiązane koncerty
 
Ludus Danielis
03.09, 21:00
Wrocław, Kościół ŚŚ Stanisława, Doroty i Wacława, pl. Wolności 3
 
 
Ludus Danielis
04.09, 19:00
Świdnica, Katedra pw. św. Stanisława i Wacława, pl. Jana Pawła II 1
 
 
Joculatores Dei – Trubadurzy Chrystusa Pana
05.09, 19:00
Bardo, Bazylika Mniejsza Nawiedzenia NMP
 
Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans
50-106 Wrocław, Rynek 7, Pasaż pod Błękitnym Słońcem
tel. (+4871) 330 52 10, 330 52 11, fax 330 52 12
e-mail: office@wratislavia.art.pl