W tej partyturze znaleźć można wszystko, czemu Mendelssohn poświęcał się przez całe życie: wyrazisty, własny język muzyczny (coś np. z lekkości Snu nocy letniej pobrzmiewa w Uwerturze) połączony z uwielbieniem i hołdem dla przeszłości i dawnych mistrzów, Bacha i Haendla. Są w nim cuda (aluzja do baśniowości), a z drugiej strony solidny kontrapunkt.
Gustave Dore, Eliasz wstępujący do nieba (fragment)
Można zadać sobie pytanie: dlaczego słuchamy muzyki? Brzmi banalnie, a odpowiedzi – całe mnóstwo. Każdy ma pewnie swoją własną, która mu wystarcza. Dlaczego jednak jednych koncertów unikamy, a za innymi tęsknimy? Dlaczego wybieramy akurat te, a nie inne dzieła? Powodów mogą być tysiące. Chęć oderwania się od szarej codzienności… Ale to w dzisiejszych czasach – nieuporządkowanych, dziejących się z zawrotną prędkością, puchnących od banału i blichtru, w których z trudem czasami można wykroić dla siebie kojącą chwilę – trochę za mało. Życie pędzi, a Eliasz Mendelssohna wymaga poświęcenia całego wieczoru; czystej muzyki jest przecież ponad 130 minut!
Dlaczego?
Odpowiedź pierwsza: „bo Mendelssohn wielkim kompozytorem był”. Odpowiedź nie akceptowalna, trącąca Gombrowiczowską Ferdydurke, wpisująca się w banał najłatwiejszych skojarzeń i nęcąca do przytoczenia całego sztafażu parafraz: „przecież nikt nie słucha, a i ci, którzy słuchają, natychmiast się nudzą”, itd. itp.
Odpowiedź druga: „bo Mendelssohn to autor cudownej Uwertury do Snu nocy letniej albo super popularnego Marsza weselnego, a na dodatek jeden z głównych twórców europejskiego romantyzmu, z jego odmianą baśniową i fantastyczną”. Lepiej – muzyka Mendelssohna jest lekka i wychodzi naprzeciw słuchaczowi, nie trzeba jej rozpatrywać w kategoriach estetycznych czy filozoficznych, wystarczy skupić się na jej zmysłowym pięknie. Tyle tylko, że w kontekście Eliasza nie tak znów łatwo tej odpowiedzi udzielać. Z kilku powodów.
Eliasz – drugie, po Paulusie, wielkie oratorium Feliksa Mendelssohna nie jest prostą „bajką” czy łatwą opowieścią, opartą na kanwie starotestamentowych Ksiąg Królewskich. Zdaje się, że poprzez przywołanie czynów proroka kompozytor chciał swoim słuchaczom uświadomić znacznie głębsze przesłanie, zasugerować poważniejszą refleksję. Ślad pobudek, z których wyrosło wielkie, zapierające dech w piersiach dzieło, można odnaleźć w korespondencji z librecistą, Juliusem Schubringiem:
„[…] dla mnie jest Eliasz najprawdziwszym prorokiem, jakiego potrzebowalibyśmy choćby i dziś: niezłomny, żarliwy, choć zapewne porywczy, gniewny i groźny, w opozycji do dworskiej hołoty i w opozycji do całego niemal świata, a przecież unoszący się na anielskich jakby skrzydłach…”.
Pisał te słowa Mendelssohn jeszcze w 1838 roku, na sześć lat przed ostatecznym wykrystalizowaniem się pomysłów. Nastąpiło ono zresztą mniej więcej w czasie, gdy komponował inne swoje znakomite dzieło – Koncert skrzypcowy – w roku 1844. Ale upłynęły jeszcze dwa lata, zanim partytura oratorium pochłonęła Mendelssohna na dobre. Wówczas (wiosną i latem 1846) potoczyła się już praca w zawrotnym tempie. Powstał utwór, który można by nazwać absolutną kwintesencją twórczości autora Symfonii szkockiej. Znaleźć można bowiem w tej partyturze wszystko, czemu Mendelssohn poświęcał się przez całe życie: wyrazisty, własny język muzyczny (coś np. z lekkości Snu nocy letniej pobrzmiewa w Uwerturze), połączony z uwielbieniem i hołdem dla przeszłości i dawnych mistrzów, Bacha i Haendla. Są w nim cuda (aluzja do baśniowości), a z drugiej strony solidny kontrapunkt. Co najmniej kilka epizodów oratorium godnych jest uwagi i zapamiętania: wskrzeszenie przez Eliasza syna biednej wdowy, konfrontacja bohatera z Prorokami Baala, czy choćby zupełnie teatralnie przedstawione burza, szum morza, ogień albo trzęsienie ziemi. Podziwiać można w oratorium różne elementy – operowanie orkiestrą (barwną i nigdy nie przytłaczającą), inwencję melodyczną Mendelssohna (zawsze z tego słynął), elegancję i wyrafinowaną prostotę harmoniczną, ale może nade wszystko na wielki szacunek zasługują partie chóralne. Chór – jak wyraził się biograf kompozytora, Karl-Heinz Köhler – uosabiając lud Izraela, jest ważną „dramatis persona” dzieła, „na zmianę – jak w oratoriach Haendla – protagonistą i antagonistą głównego bohatera”. Kunszt, z jakim ukształtował Mendelssohn partie chóralne w Eliaszu, wytrzymuje porównanie chyba tylko z dokonaniami autora Mesjasza.
Prawykonanie Eliasza 26 sierpnia 1846 roku w Birmingham było sukcesem niezwykłym. Marzy o takim pewnie każdy kompozytor. W liście do brata Pawła Mendelssohn barwnie opisał wykonanie i nie mniej niezwykłą reakcję publiczności:
„Z żadnym jeszcze pierwszym wykonaniem mojego utworu nie poszło mi tak znakomicie i żaden z nich nie został przez muzyków i słuchaczy przyjęty z takim entuzjazmem, jak to oratorium. Już na pierwszej próbie w Londynie widać było, że podoba się, że grają je i śpiewają chętnie. Ale że na koncercie wykonane będzie z takim zapałem i rozmachem, to przyznam, sam się nie spodziewałem. Jaka szkoda, że nie byłeś przy tym! Przez półtrzecia godziny, tyle trwał utwór, cała ogromna sala z dwoma tysiącami widzów, wielka orkiestra i wszystko tak było skoncentrowane na tym, co się dzieje, że nie dochodził z widowni najlżejszy szmer, ja zaś mogłem robić ze świetną orkiestrą, co tylko chciałem… Szczególnie wtedy, kiedy nadeszły deszczowe chmury, kiedy jak opętani grali i śpiewali chór końcowy i kiedy po skończeniu pierwszej części musieliśmy cały fragment bisować. Bisowaliśmy aż cztery chóry i arie, a w całej pierwszej części nie było ani jednego potknięcia”.
Wieści o tej triumfalnej premierze oratorium lotem błyskawicy obiegły cały kontynent. Eliasz został wydany drukiem, po autorskich korektach i retuszach w lipcu 1874 roku u Simrocka. Czas pokazał, że był to ostatni utwór wydany za życia kompozytora…
Odpowiedź trzecia: Dlaczego na Eliasza wybrać się trzeba koniecznie? Odłóżmy estetyczne fascynacje na bok – to dla pięknoduchów. Oto odpowiedź, może trochę ograniczająca się do hic et nunc szarej rzeczywistości, ale zaryzykuję. W przypadku tego dzieła trzeba pamiętać o pobudkach kompozytora, rozczarowanego ówczesną przestrzenią publiczną. Mendelssohn szukał wzorca osobowego, nieskazitelnego etycznie, choć nie stroniącego od ostrości czynów czy sądów. Czyż przytoczone słowa z korespondencji z Schubringiem nie są postulatem ciągle aktualnym? Czy to nie są aby marzenia o idealnym przywódcy, kimś spoza establishmentu, człowieku z krwi i kości, a nie sztucznym, plastikowym produkcie specjalistów od wizerunku? Można potraktować Eliasza jako odtrutkę na tych wszystkich klepiących okrągłymi zdaniami banały na każdy temat. Okazuje się, że poważnego rozwiązywania poważnych problemów brakuje w każdych czasach, ale szczególnie teraz. Eliasz jako napomnienie w debacie publicznej, a może kampanii wyborczej? Do zastanowienia i rozważenia. Czemu nie?
Marcin Majchrowski – muzykolog, krytyk muzyczny, dziennikarz Redakcji Muzycznej Programu 2 Polskiego Radia.



























