
No i stało się. W czerwcu ogłoszono, że odbędzie się zmiana warty na stanowisku dyrektora artystycznego „Wratislavii”. Kontrakt Paula McCreesha po siedmiu latach wygaśnie, zastąpi go włoski dyrygent Giovanni Antonini. Nie trzeba było Kasandry, by przewidzieć taki obrót spraw już w ubiegłym roku, kiedy program Festiwalu – z braku dostatecznych środków finansowych – okrojono dosłownie w ostatniej chwili, a McCreesh nie krył poirytowania w obliczu smutnej prawdy, że Polska nie jest krajem, gdzie można podejmować długofalowe, dopracowane w każdym szczególe przedsięwzięcia kulturalne. Choć dotychczasowy szef domknie jeszcze program przyszłej „Wratislavii”, z imprezą rozstał się już w tym roku, czego dowodem aż nadto wymowne wieczory pod znakiem muzyki pożegnania i przemijania.
Czy wraz z odejściem McCreesha skończy się pewna epoka? Można by tak rzec, gdyby Anglik istotnie otworzył nową kartę w dziejach „Wratislavii”. Tymczasem odnoszę wrażenie, że zajął się raczej poligonem własnych działań artystycznych oraz współpracą z muzykami, których miał okazję poznać przez blisko dwadzieścia lat istnienia zespołu Gabrieli Consort & Players i organizowania zainicjowanego w 1994 roku Brinkburn Music Festival w hrabstwie Northumberland. Z jednej strony zmarnował szansę stworzenia imprezy autorskiej – w innej części Europy, w kraju o skrajnie odmiennych tradycjach muzycznych – z drugiej jednak, przynajmniej częściowo, wydobył wrocławski Festiwal ze smutnej zapaści artystycznej, zawinionej przede wszystkim przez chaotyczne decyzje swoich poprzedników.
Cieszyć się zatem czy martwić? Z pewnością mieć nadzieję, że pełen temperamentu Włoch poświęci się przede wszystkim opracowaniu spójnej koncepcji programowej i nie wpadnie w pułapkę własnych, często przerośniętych ambicji. Bo tegoroczny Festiwal znów nosił wszelkie znamiona przeglądu, który ktoś wtłoczył na siłę w kilka nieprzystających do siebie nurtów tematycznych. Co drażni tym bardziej, że pod względem wykonawczym okazał się bodaj najlepszy z sześciu zorganizowanych przez McCreesha, a kilka wieczorów z pewnością zapadnie na długo w pamięć krytyków (coraz mniej licznych) i melomanów (wciąż licznych, często jednak zniechęcanych wyśrubowaną ceną biletów i wejściówek).
Z punktu widzenia obserwatora z zewnątrz Festiwal rozpadł się w tym roku na trzy nieproporcjonalne części. W pierwszy weekend królowała muzyka średniowieczna – w wykonaniach olśniewających, porządnych i całkiem nie do przyjęcia. Do tej pierwszej kategorii z pewnościązaliczę występ Benjamina Bagby’ego, jednego z założycieli legendarnego zespołu Sequenza, który rozpoczął „Wratislavię”
2 września akcentem mocnym jak stal – próbą rekonstrukcji ustnego przekazu Beowidfa, poematu heroicznego w zachodniosaskim dialekcie wczesnej formy języka angielskiego. Epos płynnie łączy rzeczywistość mitycznąz faktami historycznymi i nadal uchodzi za jedno z ważniejszych źródeł do dziejów dawnej Skandynawii. Jego bohater jest poniekąd archetypem bohatera północnych sag, a w sposobie kształtowania tej postaci można się dopatrzyć zarówno mitologicznego toposu pogromcy potwora, jak zdarzeń udokumentowanych w relacjach ówczesnych kronikarzy. Bagby – wcielając się w rolę wczesnośredniowiecznego „opowiadacza” historii – wykorzystał replikę liry alemańskiej, wyposażoną w sześć strun jelitowych, strojonych zgodnie z pierwotną teorią modalności. Swoista „skala”, oparta na oktawie, trzech kwintach, dwóch kwartach i dwóch tercjach małych, stanowi punkt wyjścia do budowania najrozmaitszych figur i zwrotów melodycznych, łączących płynnie ton powszedniej mowy, eksklamacje, melorecytacje i pełnokrwisty śpiew. I to jak płynnie: Bagby, mimo upływu lat, wciąż uwodzi charyzmą, jednym z najpiękniejszych głosów w świecie wykonawstwa muzyki dawnej, świetnym warsztatem aktorskim i niewiarygodną umiejętnością opanowania tak potężnego materiału na pamięć (poemat liczy ponad 3000 wersów – we Wrocławiu usłyszeliśmy mniej więcej jedną trzecią, co i tak przemawia do wyobraźni).
Sequentia w męskim składzie potwierdziła swą nieprzemijającą klasę dwa dni później (4 września) – w bardzo urozmaiconym programie z muzyką duchowieństwa paryskiego z przełomu XII i XIII wieku. A że Paryż w tamtej epoce przypominał kipiący tygiel myśli i emocji, usłyszeliśmy zarówno jednogłosy Filipa Kanclerza, jak organum ze szkoły Notre-Dame, przewrotne parodie śpiewów liturgicznych i nie całkiem przyzwoite pieśni klerków z rękopisu z Benediktbeuren. Wszystko podane w stylu, z jakiego zespół słynie od lat blisko czterdziestu – mocną, męską barwą, z doskonałym wyczuciem dawnej polifonii i paradoksalną spójnością odmiennych w charakterze głosów.
Czego się nie da powiedzieć o występie The Orlando Consort (3 września). Angielski ansambl przedstawił organum paryskie zupełnie bez wyrazu, pustym, mało nośnym dźwiękiem i z mnóstwem usterek intonacyjnych, które mogły zostawić nieosłuchanego melomana w mylnym poczuciu, że szczytowe osiągnięcia mistrzów XII-wiecznej wielogłosowości są niczym więcej, jak nudną, rozwlekłą kakofonią. Jeszcze gorsze wrażenie wywołał wieczór średniowiecznej i wczesnorenesansowej muzyki biesiadnej, urządzony w formie „śpiewu do kotleta”, czyli koncertu połączonego z konsumpcją w Piwnicy Świdnickiej (4 września). Był to żałosny pokaz złego smaku i miernego wykonawstwa, jaki po prostu nie przystoi festiwalowi tej rangi.
Osobliwym wydarzeniem było wystawienie dramatu liturgicznego Ludus Danielis w kościele św. Stanisława i św. Doroty (4 września). Nie z powodów artystycznych, bo rozwijana od lat koncepcja Scholi Teatru Wiejskiego Węgajty okrzepła już na tyle, że można ją z powodzeniem pokazać na dowolnym przeglądzie wykonawstwa historycznego, ile z powodu zamieszania wywołanego próbą wtłoczenia jej w porządek codziennych nieszporów. Skutki okazały się dość groteskowe: najprawdziwszy biskup wygłosił w środku homilię po polsku, wierni szturchali z oburzeniem melomanów, którzy nie mieli ochoty ani wstawać z ławek, ani padać na kolana, a wszystko to za jedyne 200, 120, 80 lub 60 złotych – zależnie od sektora. Dość niemiły przyczynek do debaty na temat rozdziału państwa od Kościoła.
Drugi „weekend” – znacznie bardziej rozbudowany, bo trwający od środy do niedzieli – okazał się też dużo ciekawszy pod względem programowym i wykonawczym. Rozpoczął się 7 września jednym z najinteligentniej ułożonych koncertów tegorocznej „Wratislavii”: wieczorem pieśni przemijania, czyli angielskiej polifonii renesansowej skupionej wokół motywów śmierci, cierpienia i ulotności dóbr ziemskich. W utworach Comysha, Byrda, Tallisa i Sheparda zarysowuje się jeszcze jeden wątek: nietrwałości samego porządku wiary, cierpienia związanego z koniecznością zmiany wyznania, śmiercią religii wpojonej – czyli wszystkiego, z czym musieli się borykać twórcy angielskiej muzyki kościelnej przełomu XVI i XVII wieku i czemu nieraz dawali wyraz w melancholijnej, wręcz zmysłowej, pełnej dysonansów polifonii. Usłyszawszy ten program w wykonaniu zespołu Stile Antico – złożonego z trzynaściorga solistów pracujących bez dyrygenta i kierownictwa – przyznałam z radością, że pogłoski o śmierci angielskiego stylu wykonawczego są mocno przesadzone. Cudowna spójność głosów, nietypowe ustawienia ansamblu, pomagające wydobyć charakterystyczne dla tej twórczości „ukośne” brzmienia i niepokojące dysharmonie, nade wszystko zaś umiejętność kształtowania interpretacji niejako „na bieżąco”, zgodnie z reakcjami słuchaczy – to bodaj największe atuty Stile Antico, jednego z najnowocześniej myślących zespołów muzyki dawnej, z jakimi miałam do czynienia w ostatnich latach.
Pięknym dopełnieniem tego wieczoru był recital Rachel Podger z utworami skrzypcowymi Bacha i Libera. W jej grze nie ma śladu pustej wirtuozerii ani nadmiernie wybujałych emocji. Mimo to Podger nie jest chłodna – dzięki wybitnej technice smyczkowej gra wyraziście, a zarazem obiektywnie, tworząc z tych miniatur arcydzieła barokowej retoryki muzycznej, w których nawet cisza wybrzmiewa tkwiącym gdzieś w głębi umysłu dźwiękiem.
Dwa z założenia skromne recitale, zaplanowane późnąporą8 i 10 września, okazały się dla mnie kulminacją całego Festiwalu. Norweski skrzypek Henning Kraggerud zagrał komplet Sonat na skrzypce solo Eugene’a Ysaye’a, znany już wrocławskim melomanom Holender Pieter Wispelwey przedstawił wszystkie Suity wiolonczelowe Brittena – czyli cykle właściwie nieobecne na naszych estradach. Obydwaj są muzykami najwyższej klasy – wrażliwymi, a przy tym opanowanymi, świadomymi wszelkich uwarunkowań tekstowych i historycznych wykonywanych przez siebie utworów. Tym bardziej zdumiewa, że ze swoich występów stworzyli frapujące wykłady ilustrowane muzyką- opowiadając wyczerpująco, acz bez właściwego prelegentom nudziarstwa o każdym członie programu. To całkiem nowy, fascynujący model wykonawstwa prawdziwie intelektualnego, pozwalającego uwierzyć, że wirtuoz nie jest tylko sprawną maszyną do grania, lecz także badaczem, zgłębiającym tajniki utworu z zapałem godnym najwybitniejszego muzykologa. Na tym tle rozczarował mnie recital znakomitego skądinąd oboisty Nicholasa Daniela (9 września), który przedstawił słuchaczom tę samą wiązankę przebojów, jaką uraczył nas we Wrocławiu przed trzema laty. Szkoda.
Nie mogę też odżałować, że występ legendarnego klawesynisty Gustava Leonhardta (11 września) odbył się w dusznej i fatalnej pod względem akustycznym salce Muzeum Pana Tadeusza. Zważywszy na warunki i złą jakość użyczonego przez Filharmonię Wrocławską instrumentu, wcale się nie dziwię, że mistrz okroił i tak skromny program recitalu do ledwie półgodzinnej składanki – bez wyczekiwanej Suity C-dur Frobergera.
Jeszcze większy zawód przyniósł koncert pieśni przemijania, ułożony przez Paula McCreesha z angielskich utworów renesansowych i XX-wiecz-nych (10 września). Gabrieli Consort śpiewał „jak zwykle” – czyli bez żadnych niuansów wyrazowych, pustym, bezbarwnym dźwiękiem, z mnóstwem wahnięć intonacyjnych, zwłaszcza w sopranach – a na dodatek źle przygotowany, co zaowocowało między innymi nieznośnym i zupełnie nieuzasadnionym rozciągnięciem temp. Szef zespołu zastrzegł się na początku, że to coś w rodzaju próby generalnej nowego programu – co niestety potwierdza moją wcześniejszą diagnozę, że McCreesh traktuje „Wratislavię” jako swoiste laboratorium doświadczalne, ośpiewując nowy materiał przed płatną publicznością festiwalową.
Inna sprawa, że Gabrieli Consort aż się prosi o odmłodzenie składu, jego kierownik zaś – o chwilowy przynajmniej odpoczynek od muzyki dawnej. Na koncercie pamięci ofiar zamachów 11 września – z udziałem solistów, Chóru Filharmonii Wrocławskiej i stworzonej ad hoc Orkiestry Festiwalowej – dyrygował pewnie i zamaszyście, po raz kolejny odsłaniając uroki niedocenianej u nas angielskiej muzyki orkiestrowej: przystępnej, a mimo to wolnej od kiczu, potężnej w masie brzmienia, a jednak nie bombastycznej, odwołującej się do tradycji, unikającej wszakże bezmyślnego pastiszu. Znów mogłam podziwiać Knaggeruda – tym razem grającego na altówce -w przepięknej Elegii op. 15 Howellsa, zachwycić się imperialnym dostojeństwem / Symfonii Elgara i podziwiać Vaughana Williamsa za doskonałe wyczucie wewnętrznego pulsu polifonii renesansowej. O dziwo, Fantazja na temat Thomasa Tallisa zdawała się trafiać McCreeshowi znacznie bardziej do przekonania niż pierwowzór.
Nie obyło się bez gaf organizacyjno-programowych przy okazji dwóch dużych koncertów z muzyką polską. Otrzymawszy wiadomość z Biura Festiwalu, że na koncercie Filharmoników Wrocławskich pod batutą Jacka Kaspszyka, złożonym z utworów Świdra, Łukaszewskiego, Jasińskiego, Lutosławskiego i Góreckiego (8 września), trzeba będzie ustąpić miejsca ważniejszym od melomanów gościom oficjalnym, zezłościłam się i poszłam na spacer. Niesłusznie, bo ministrowie stawili się w liczbie znikomej, w Symfonii pieśni żałosnych pięknie ponoć śpiewała Ewa Vesin, a Kaspszyk ostatecznie porozumiał się z Wispelweyem i dali wspólnie wspaniałą interpretację Grave Lutosławskiego. Żałuję i proszę, żeby na przyszłość nie straszyć mnie BOR-em.
Z kolei wielbiciele muzyki Krzysztofa Pendereckiego musieli 9 września wybierać między drogim wieczorem Pieśni przemijania a darmową prezentacją remiksów Greenwooda w Hali Stulecia – przy okazji Europejskiego Kongresu Kultury. Hurtowo wygrał Greenwood, detalicznie Penderecki – znów pod dyrekcją Kaspszyka, który doskonale czuje nowo-stary idiom w muzyce tego kompozytora, choćby dlatego, że jest wybitnym interpretatorem muzyki Mahlera. VIII Symfonię odczytał właśnie przez pryzmat jego twórczości: zadbał o masę i głębię brzmienia, doskonale skonstruował plany orkiestrowe, zapanował nad chórem przygotowanym przez Agnieszkę Franków-Żelazny. Świetnie spisali się soliści, zwłaszcza Iwona Hossa w zestawieniu z Agnieszką Rehlis.
Choć w pełni rozumiem intencje dyrektora Andrzeja Kosendiaka, który zorganizował koncert Chóru Filharmonii Wrocławskiej na placu budowy Narodowego Forum Muzyki i poświęcił go pamięci tragicznie zmarłego twórcy projektu, Stefana Kuryłowicza, szczerze współczuję Pawłowi Łukaszewskiemu, którego Lamentationes wykonano po raz pierwszy do ośmiu źle ustawionych mikrofonów, które zebrały przede wszystkim szelest kartek partytury i pobrząkiwania śpiewaków. Nie potrafię ocenić samego utworu – warto mu chyba urządzić prawykonanie z prawdziwego zdarzenia, zwłaszcza że następujące po nim utwory Rheinbergera też nie zabrzmiały w tych warunkach przekonująco.
W programie ostatniego weekendu znalazły się tylko dwa koncerty, za to oba znakomite. Bohaterem pierwszego (16 września) był niewątpliwie Paweł Szymański – zespół Camerata Silesia pod dyrekcją Anny Szostak „rozśpiewał się” na skądinąd znakomitym Euntes ibant et flebant Góreckiego i Salve Regina Krzanowskiego, po czym przeszedł do rzeczy. Na początek zabrzmiało In Paradisum deducant te angeli, po czym usłyszeliśmy dwa utwory niezwykłe – zanurzone w rytmie prawdziwej liturgii Miserere z 1993 roku i prawykonanie najnowszej kompozycji Phylakterion, zainspirowanej filmem Macieja Drygasa o polskich wykopaliskach w Nubii. Choć Phylakterion na chór i zespół instrumentalny – oparte na tekście modlitwy Matki Jezusa z inskrypcji w Dongoli – zadziwia wielowarstwową fakturą, przywodzącą na myśl zbieranie okruchów historii z rozpalonego piasku (rozczłonkowane strzępy narracji, sugestywne gry barwą i dynamiką, subtelne naśladownictwo odgłosów pustym), Miserere nadal robi większe wrażenie: wyrafinowanym nawiązaniem do formy responsorialnej, gradacją ekspresji ludzkiego głosu od szeptu przez recytację aż po śpiew, przemyślanymi w każdym calu nawiązaniami do skal modałnych. Szymański konsekwentnie buduje nową jakość z elementów zastanych, uprawia swoistą dekonstrukcję muzyczną, otwartą na każdą interpretację – pod warunkiem, że znajdzie uzasadnienie w tekście utworu.
Na zakończenie Festiwalu (18 września) powiało wielkim światem: soliści, Gabrieli Consort & Players oraz Chór Filharmonii Wrocławskiej przywieźli Eliasza Mendelssohna prosto z londyńskiej Albert Hall i koncertów w lipskim Gewandhausie. Potężne oratorium, napisane pod wyraźnym wpływem Pasji Mateuszowej Bacha i wielkich form wokalno-instrumentalnych Handla, stanowi poniekąd muzyczne odzwierciedlenie powikłanych losów kompozytora -urodzonego w rodzime żydowskiej i wychowanego właściwie bez wiary aż do nawrócenia na baptyzm. Jest przy tym na wskroś romantyczne i dzięki temu trafiło idealnie w sentymentalne gusty wiktoriańskich bywalców Birmingham Festival, którzy usłyszeli je po raz pierwszy. McCreesh czuje się w tym repertuarze jak ryba w wodzie: sprawnie kształtuje potężne masy brzmieniowe, potrafi zatuszować usterki intonacyjne (zwłaszcza w partiach skrzypiec), nie zagłusza solistów, których tym razem dobrał wyjątkowo trafnie – choć warto wspomnieć, że obdarzona giętkim, świetlistym sopranem Lucy Crowe w ostatniej chwili zastąpiła anonsowaną w programie Rosemary Joshua. Ten finał musiał zadowolić wszystkich — nawet najzagorzalszych obrońców pierwotnej koncepcji Andrzeja Markowskiego, którzy domagają się znaczniejszej obecności muzyki oratoryjno-kanta-towej na Festiwalu.
Było więc dobrze, ale powinno być jeszcze lepiej. Marzą mi się koncerty z udziałem skrajnie odmiennych wykonawców, przedstawiających muzykę nową w kontekście twórczości odległych epok – jakże pouczająco zabrzmiałoby Miserere Szymańskiego na tle dorobku szkoły Notre-Dame! Marzy mi się nowoczesne biuro prasowe, które zamiast uprawiać PR w stylu firm korporacyjnych, ułatwiłoby pracę krytykom, obserwatorom, dziennikarzom radiowym i telewizyjnym. Marzy mi się festiwal otwarty na melomanów, których nie stać na wejściówki po czterdzieści złotych. Odnoszę wrażenie, że większość słabych stron „Wratislavii” ma źródło w niedostatecznym współdziałaniu dyrekcji artystycznej i generalnej. McCreesh rzuca pomysły’ i nie troszczy się o ich dalszą realizację. Czy coś się zmieni za Antoniniego? Przekonamy się za dwa lata.
DOROTA KOZIŃSKA
Ruch Muzyczny, nr 21, 10.2011, s. 16-20

























