O demokracji i innych demonach

Żadna muzyka nie jest eksponatem muzealnym. Być może 30–40 lat temu były zespoły, które mówiły swojej publiczności: „zobaczcie, odkurzyliśmy coś bardzo starego i teraz to wykonujemy specjalnie dla was”. My robimy odwrotnie, bo dla nas to muzyka bardzo współczesna.


fot. Ł.Rajchert


Piotr Matwiejczuk (Polskie Radio): Zespół Stile Antico powstał w roku 2001, ale wasza międzynarodowa kariera rozpoczęła się cztery lata później.
Andrew Griffiths i Will Dawes (Stile Antico)
: Tak, w 2005 roku otrzymaliśmy nagrodę w Yorku podczas Early Music Network Young Artists’ Competition.

Ile więc potrzeba czasu, by stworzyć tak wspaniały zespół wokalny jak wasz? Cztery lata?
WD: Zaczęliśmy wspólnie pracować, kiedy jeszcze byliśmy studentami. Wówczas dawaliśmy nawet kilka koncertów rocznie. Nie myśleliśmy jednak o sobie jako o profesjonalnym zespole, aż do momentu zdobycia nagrody. Dopiero wtedy wkroczyliśmy na dobre do świata muzyki. 
AG: Przesłuchaniom konkursowym przysłuchiwał się wówczas przedstawiciel wytwórni płytowej Harmonia Mundi, który zaproponował nam nagranie płyty. Fakt ten miał dużo większe znaczenie niż zwycięstwo w konkursie. A udział w konkursie i nagroda… to były raczej szczęśliwe zbiegi okoliczności.
WD: Ale przez cały ten czas nie przestawaliśmy ciężko pracować. Nigdy nie osiedliśmy na laurach.

Zawsze sądziłem, że w muzyce nie ma demokracji. Wy śpiewacie bez dyrygenta. I kiedy przysłuchiwałem się waszej próbie i waszym dyskusjom, pomyślałem, że czas zmienić zdanie…
WD: Myślę, że najlepiej porównać nas z kwartetem smyczkowym, który przecież pracuje bez dyrygenta. Nie wiem, czy słowo demokracja jest tutaj na miejscu, ale na pewno wszyscy w zespole jesteśmy na równych prawach i tak siebie traktujmy. Każdy z nas ma różne doświadczenia. Niektórzy mają więcej do powiedzenia w sprawach interpretowania muzyki, inni – wiedzą więcej na temat teologicznej egzegezy tekstu. Ale gdybym miał odpowiedzieć krótko, powiedziałbym: demokracja w muzyce jak najbardziej istnieje.
AG: Staramy się być tak bardzo demokratyczni, jak to tylko możliwe. Każdy z nas jest przecież uzdolniony w trochę innym kierunku. I chcemy to jak najpełniej wykorzystać.

Kiedy pracuje się bez dyrygenta, każdy z członków zespołu musi dać z siebie jak najwięcej. Bo przecież nikt za nas nie wymyśli, jak mamy śpiewać. Licz się każdy głos. Oczywiście, dobry dyrygent również może inspirować swój zespół do tworzenia wspólnej interpretacji. Ale my uważamy, że bez szefa artystycznego jest to po prostu dużo łatwiejsze.

A więc waszym zdaniem dyrygent jest zbędny.
WD: W muzyce, którą wykonujemy – z pewnością tak. Kiedy po raz pierwszy oglądamy nuty, w których nie ma oznaczeń tempa, dynamiki, żadnych wskazówek wykonawczych, a jedynie sam tekst – dobrze jest, jeśli interpretacja rodzi się nie w jednej, a w kilku głowach. Zastanawiamy się wówczas, jak najlepiej oddać tekst muzyką. To naprawdę działa i jest bardzo ważnym doświadczeniem.
AG: I jeszcze jedno. Kiedy pracuje się bez dyrygenta, każdy z członków zespołu musi dać z siebie jak najwięcej. Bo przecież nikt za nas nie wymyśli, jak mamy śpiewać. Liczy się każdy głos. Oczywiście, dobry dyrygent również może inspirować swój zespół do tworzenia wspólnej interpretacji. Ale my uważamy, że bez szefa artystycznego jest to po prostu dużo łatwiejsze. Dzięki temu, że każdy z nas musi się otworzyć, możemy poczuć coś w rodzaju ducha zespołu. I przekazywać go publiczności wprost, bez pośrednictwa dyrygenta.

Stile Antico jest jedną z najmłodszych brytyjskich grup wokalnych. Czy macie jakiś zespół, na którym się wzorujecie? Może The Tallis Scholars?
AG: Oczywiście, takie zespoły jak The Tallis Scholars były pionierami we współczesnym wykonawstwie muzyki dawnej. Bez nich z pewnością nigdy byśmy nie powstali. Staramy się jednak nie naśladować nikogo, a już na pewno typowe angielskie brzmienie nie jest celem, do którego dążymy. Bywa ono określane jako bardzo czyste i gładkie, ale niektórzy mówią, że jest po prostu nieciekawe.

Jest to także brzmienie, które tworzą – przynajmniej w dawnej tradycji – wyłącznie męskie głosy.
WD: W typowych angielskich chórach katedralnych rzeczywiście prawie nie ma kobiet.
AG: Ale The Tallis Scholars współtworzą przecież kobiety. Wydaje mi się, że większość współczesnych profesjonalnych zespołów wokalnych w Wielkiej Brytanii ma już w swoim składzie głosy żeńskie. Wracając zaś do naszych inspiracji – jeśli już chcielibyśmy ich szukać, to raczej wśród zespołów z kontynentu. Bardzo lubimy brzmienie takich grup, jak Huelgas Ensemble.
WD: Jeśli zaś chodzi o oddanie niuansów tekstu w muzyce, naszym wzorem jest z pewnością Collegium Vocale Ghent Philippe’a Herreweghe. Miałem okazję śpiewać w tym zespole dwa razy i było to wspaniałe doświadczenie. Sposób, w jaki ten dyrygent traktuje tekst, jest nam bardzo bliski. Oczywiście, jest wiele angielskich chórów, które są naprawdę znakomite. Choćby Monteverdi Choir albo Gabrieli Consort. Kilka dni temu Paul McCreesh prowadził na Promsach wykonanie Eliasza Mendelssohna, co wkrótce powtórzy tu, we Wrocławiu. I pod każdym względem było to wykonanie fantastyczne.

Zdarzało nam się mieć próby w 15 osób i było to bardzo… niewygodne. Prawie nie widać osoby, która stoi na drugim końcu rzędu. Dwanaścioro śpiewaków to najlepszy skład dla muzyki 5 i 6-głosowej. Daje największe możliwości, jest najbardziej elastyczny.

Dlaczego w waszym zespole każdy głos wykonywało troje śpiewaków? Skąd taka decyzja?
AG: To dobre pytanie! Rzeczywiście mamy po trzy soprany, alty, tenory i basy, ale rzadko wykorzystujemy możliwości naszego składu w pełni. Repertuar, który wykonujemy w większości obejmuje utwory 5 lub 6-głosowe. Za wyjątkiem 12-głosowej kompozycji Johna McCabe, napisanej specjalnie dla nas. 12 to dobra liczba. Praca bez dyrygenta w większym zespole byłaby trudna.
WD: Zdarzało nam się mieć próby w 15 osób i było to bardzo… niewygodne. Prawie nie widać osoby, która stoi na drugim końcu rzędu [śmiech].
AG: Dwanaścioro śpiewaków to najlepszy skład dla muzyki 5 i 6-głosowej. Daje największe możliwości, jest najbardziej elastyczny.

Od czasu do czasu dostajemy maile, np. od kierowców ciężarówek z południa Stanów Zjednoczonych. Piszą tak: „słyszałem wasz zespół przez radio, jesteście fantastyczni, kupiłem sobie wszystkie wasze płyty!”.

Jedna z waszych płyt, zatytułowana Pieśń nad pieśniami, zdobyła nagrodę miesięcznika Grammophon, odniosła też duży sukces komercyjny, osiągając pierwsze miejsce na liście bestsellerów muzyki klasycznej Billboardu. Czy waszym zdaniem wokalna muzyka dawna staje się coraz bardziej popularna?
AG: Być może tym albumem udało nam się dotrzeć do ludzi, którzy nigdy wcześniej takiej muzyki nie słuchali. Od czasu do czasu dostajemy maile, np. od kierowców ciężarówek z południa Stanów Zjednoczonych. Piszą tak: „słyszałem wasz zespół przez radio, jesteście fantastyczni, kupiłem sobie wszystkie wasze płyty!”. Znam ludzi, którzy zasypiają przy dźwiękach naszych nagrań, inni przy nich wstają. Świadomość, że nasza muzyka jest tak dobrze przyjmowana, jest dla nas niezwykle ważna.

A może popularność przyniosła wam współpraca ze Stingiem?
AG: To całkiem możliwe…


A dlaczego w ogóle zdecydowaliście się na współpracę z nim? Przecież to nie jest klasycznie wykształcony wokalista.
AG: Dlatego, że była to niezwykle ciekawa propozycja.
WD: To była po prostu świetna okazja, żeby pracować z kimś spoza naszego zespołu. Chcieliśmy poznać znakomitego muzyka i jego interpretacje. To przecież bardzo ważne, by korzystać z doświadczeń i pomysłów innych. Współpraca ze Stingiem dawała również okazję, by nasz zespół poznali ludzie, którzy w inny sposób nigdy by na nas nie trafili. Sting pozwolił nam pozyskać nową publiczność.
AG: Chociaż, żeby było jasne, nie uważamy się za gwiazdy muzyki rockowej. Oczywiście, Sting nie jest klasycznie wykształconym śpiewakiem, ale włożył naprawdę dużo pracy w to, by nauczyć się wykonywać muzykę dawną. Brał lekcje dawnego śpiewu w Bazylei, pozyskał do współpracy świetnego lutnistę, jakim jest Edin Karamazov. On po prostu podszedł do naszego wspólnego przedsięwzięcia jak w pełni profesjonalny muzyk klasyczny. Pracowaliśmy nad interpretacjami bardzo wnikliwie, analizując skrupulatnie teksty. Od strony artystycznej było to niezwykle ciekawe doświadczenie.

Wierzę głęboko, że muzyka dawna jest taką samą muzyką, jak każda inna. Wykonując polifonię renesansową, można być przekonującym, uczuciowym, komunikatywnym, a publiczność może się tym cieszyć tak samo, jak wówczas, gdy słucha symfonii Brucknera.

Kiedy parę dni temu rozmawiałem z Angusem Smithem z Orlando Consort, mówił mi, że w Wielkiej Brytanii wciąż istnieje podział na „muzykę” i „muzykę dawną”. Zgadzacie się z tym?
WD: Nie do końca… Wydaje mi się, że takie kategorie jak „muzyka dawna” nie są tworzone przez muzyków, ale przez ludzi, którzy wszystko muszą nazywać. Np. po to, żeby móc uporządkować płyty na półkach sklepowych. Wierzę głęboko, że muzyka dawna jest taką samą muzyką, jak każda inna. Wykonując polifonię renesansową, można być przekonującym, uczuciowym, komunikatywnym, a publiczność może się tym cieszyć tak samo, jak wówczas, gdy słucha symfonii Brucknera.
AG: To jest właśnie istotą tego, co staramy się robić. Wierzymy głęboko w to, że żadna muzyka nie jest eksponatem muzealnym. Być może 30–40 lat temu były zespoły, które mówiły swojej publiczności: „zobaczcie, odkurzyliśmy coś bardzo starego i teraz to wykonujemy specjalnie dla was”. My robimy odwrotnie, bo dla nas to muzyka bardzo współczesna. Media vita Shepparda to utwór niemal symfoniczny!
WD: Często żartujemy, że ta kompozycja to taki średniowieczny Zmierzch bogów – dzieło niezwykle monumentalne nie tylko ze względu na swoją długość, lecz także z powodu treści, jaka jest w nim zawarta. Po jego wykonaniu czujemy się całkowicie wyczerpani emocjonalnie.


Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans
50-106 Wrocław, Rynek 7, Pasaż pod Błękitnym Słońcem
tel. (+4871) 330 52 10, 330 52 11, fax 330 52 12
e-mail: office@wratislavia.art.pl