To moje najpiękniejsze wspomnienie z Wratislavii. Nie – był to najpiękniejszy koncert, na jakim kiedykolwiek byłem. Napięcia oczekiwania, atmosfery tamtego wieczoru, a przede wszystkim mistrzowskiego wykonania i genialnej muzyki nie zapomnę nigdy. Przyjechałem do Kościoła Pokoju w Świdnicy wcześniej, by posłuchać próby. Sir John Eliot Gardiner powtarzał – zdawało mi się, że bez końca – fragmenty motetów Johanna Christopha Bacha oraz dwóch arcydzieł Lipskiego Kantora: Actus Tragicus i Trauerode (Pozwól, pozwól, Księżno, zwól, by jeszcze jeden promień z gwiaździstego sklepienia Salem spłynął…1). To zresztą charakterystyczne dla wszystkich wielkich dyrygentów – podczas próby w dniu koncertu, a więc w momencie, gdy wszystko jest już przecież dopracowane, wciąż ćwiczą, szlifują, ulepszają. A cel i tak, jak sądzę, nigdy nie zostaje osiągnięty.
Gardiner był zrelaksowany, swobodny, dystyngowany i elegancki w ten charakterystyczny, nieco nonszalancki brytyjski sposób. To stawał przed muzykami i dyrygował, to odchodził od estrady, by sprawdzić jak całość brzmi z różnych miejsc, które wieczorem zajmie publiczność. Ze świdnickiej próby i z koncertu zapamiętałem szczególnie Claire Wilkinson. Przeurocza, dziewczęco nieśmiała, gdy mówiła – słodko sepleniła, gdy śpiewała – przemieniała się w wielką artystkę o rzadko spotykanej naturalności głosu, prostocie emisji i jakimś niebywałym natężeniu emocjonalnym, które potrafiła zawrzeć w każdym dźwięku. To ona śpiewała najwyższe partie w motetach Johanna Christopha, i to ona tak wspaniale wydobywała z tej muzyki całą zawartą w niej retorykę. Oto mowa dźwięków, o której słynną książkę napisał niegdyś Nikolaus Harnoncourt, w czystej postaci. To muzyka skomponowana w ten sposób, że gdyby śpiewacy, przy akompaniamencie kameralnego składu instrumentalnego, wykonali samą tylko linię melodyczną, bez słów, to i tak słuchacze domyślili by się, o czym opowiada:
Ach, gdybym miał w mojej głowie dość wody
I moje oczy uczynił krynicami łez,
Dzień i noc opłakiwałbym moje grzechy!
„Był w historii muzyki pewien genialny kompozytor o nazwisku Bach – mówił na konferencji prasowej Gardiner. – Ale nie Jan Sebastian. To Johann Christoph.” Angielski kapelmistrz ma rację. Johann Christoph Bach, miejski organista i nadworny klawesynista z Eisenach, wuj pierwszej żony Jana Sebastiana, Marii Barbary, był geniuszem. Miałem to wielkie szczęście, że prowadziłem transmisję tego koncertu na antenie Programu 2 Polskiego Radia. Siedząc na jednej z bocznych empor, obserwowałem wszystko z góry. Wtedy, wieczorem, w pękającym w szwach kościele, wykonanie było chyba jeszcze lepsze, niż na próbie. Namiętne, do głębi przejmujące, a przy tym idealne w każdym detalu.
Rejestracja tego koncertu mogłaby zostać wydana na płycie bez większych korekt i dogrywek. Jak ci muzycy to zrobili, że w tym drewnianym wnętrzu bez jednego gwoździa, w którym nie ma pogłosu za grosz, zaśpiewali i zagrali tak perfekcyjnie? Pamiętam zresztą Gardinerowe konsultacje z reżyserami dźwięku, dotyczące długości, jakości i innych, nieznanych mi, parametrów pogłosu, jaki radiowi specjaliści mieli dodać w nagraniu. Pamiętam Gardinera z butelką… piwa w ręce, kiedy – wyraźnie zadowolony – przechadzał się, już po koncercie, wokół Kościoła. Umowa z artystami nie pozwala wracać do tego koncertu na antenie, ale ja sięgam czasami do naszego radiowego archiwum po nagranie ze Świdnicy. Słucham jeszcze raz, i jeszcze raz, i nie mogę się nadziwić. Na szczęście Gardiner wreszcie wydaje płytę z muzyką Johanna Christopha Bacha. Ma ukazać się lada dzień. Mam nadzieję znaleźć ją w którymś z wrocławskich sklepów.
Tłumaczenia tekstów podaję za książką programową 42. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans 2007
Piotr Matwiejczuk jest muzykologiem i krytykiem muzycznym, pracuje w Redakcji Muzycznej Programu 2 Polskiego Radia.























Trackbacks