Po dwóch latach od pamiętnego występu w Świdnicy i jeszcze jednego koncertu we wrocławskiej Bazylice św. Elżbiety na Wratislavii 2007, Gardiner znów przyjechał na Festiwal. Tym razem z oratorium Izrael w Egipcie Jerzego Fryderyka Haendla. I choć to muzyka tak inna od kantat i motetów rodziny Bachów, znów mogłem przeżyć podobne olśnienie. Tym razem transmisję prowadziłem z Katedry Polskokatolickiej. Siedziałem w ławce, tuż przy wyjściu z zakrystii. Byłem umówiony z inspektorem orkiestry, że gdy będę kończył swój komentarz, da znać dyrygentowi, by ten wyszedł na ustawioną przed ołtarzem estradę. Gdy zbliżałem się do końca, dostrzegłem kątem oka Gardinera stojącego tuż obok. Puścił do mnie oko, po czym z tajemniczym uśmiechem ruszył prze siebie.


fot. Ł. Rajchert


Wykonania Gardinera zawsze wychodzą od sugestywnej mowy dźwięków, opierają się na barokowej teorii afektów, a także na grze napięć i odprężeń, która stanowi istotę systemu dur-moll. Są przy tym perfekcyjne od strony estetycznej. Jego zespoły mają piękne, idealnie wyważone brzmienie o niezrównanej jakości. To interpretacje o wyrazistej akcentuacji, jaskrawych kontrastach dynamicznych, o ostrych dysonansach, które nieuchronnie dążą do rozwiązania. Jednocześnie muzyka zawsze pozostaje w służbie słowu, dlatego można ją określić jako „teatralną”, z wyrazistym gestem i wartką narracją. Nie traci przy tym nic ze swego abstrakcyjnego, czysto brzmieniowego piękna. Wszystko zaś oparte na solidnej podstawie basowej – muzycznej axis mundi. Zawsze zastanawiam się, jak Gardinerowi udaje się tak łączyć ogień z wodą…

Zresztą trochę mi o tym opowiedział podczas wywiadu, jaki miałem wówczas okazję przeprowadzić. Osobiste z nim zetknięcie było doświadczeniem o tyle ciekawym, że mogłem z bliska przekonać się o jego – niemal „podręcznikowym”, tak idealnie przylegającym do naszych stereotypowych wyobrażeń – angielskim sposobie bycia. Uprzejmy i miły, a jednocześnie chłodny i zdystansowany. W odpowiedziach na pytania zaś – raczej lakoniczny i bardzo rzeczowy. Kiedy tuż przed naszą rozmową udzielał wywiadu komuś innemu, na dość niefortunnie postawione pytanie skrzywił się, i odpowiedział jednym słowem: „nie”.


Jak się okazało, ma do Wrocławia słabość, bo stąd pochodzi jego rodzina, o czym opowiadał mi z wyraźnym ożywieniem. Chętnie też wspominał Bachowską Pielgrzymkę roku 2000 – jedyne chyba takie przedsięwzięcie w historii fonografii. Podczas całego roku liturgicznego, w różnych kościołach Europy i USA, wykonał wszystkie kantaty kościelne Jana Sebastiana. I było to doświadczenie, które, jak podkreślał, zmieniło jego postrzeganie świata:

Bach wymaga od wykonawcy, ale też po prostu od człowieka, zaangażowania w cały wzniesiony przez niego gmach muzyczny – w idee, filozofię, sposób wyrażania myśli religijnej i filozoficznej, którą rozwija w kantatach. To wielkie wyzwanie! Rzecz nie tylko w technice, umiejętnościach czysto muzycznych. Chodzi również o to, w co się wierzy, jak egzystuje w świecie, o miejsce w tym świecie, stosunki między ludźmi, relacje społeczne, jak to jest być częścią społeczeństwa. O to wszystko pyta Bach i trzeba mu coś odpowiedzieć.


Wówczas, w roku 2009, ukazała się też trzecia z Brahmsowskiej serii płyt Gardinera, nagrana z Chórem im. Monteverdiego oraz Orkiestrą Rewolucyjną i Romantyczną. Ale, pamiętam to dobrze, podczas podróży do Wrocławia, na zmianę z Leną Willemark, słuchałem płyty drugiej. Tej, która rozpoczyna się najbardziej może niezwykłym dziełem Brahmsa, Rapsodią na alt op. 53. Kiedy jeden z moich radiowych kolegów usłyszał ten album po raz pierwszy, wysłał mi SMS następującej treści: „Cóż za Brahms! Jak mawiał Sokrates (w tłumaczeniu Witwickiego): zmiękła mi rura”. Tak, podobnego Brahmsa jeszcze w historii nie było. Sam dyrygent o swojej interpretacji mówił mi tak:

Łatwo grać tę muzykę głupio. To bardzo proste – dla muzyków i dla dyrygenta, który stoi przed nimi – wykonywać ją w sposób „powyginany”, „szeroki” a jednocześnie „nieprzejrzysty” i „gęsty”. Z pozycji słuchacza musi to być bardzo rozczarowujące – muzyka sączy się, przecieka, brak w niej ruchu, wszystko jest jak lepka, kleista papka. My chcieliśmy pokazać, że jest w niej lekkość, że ma taneczny i wokalny charakter – i to właśnie jest w niej tak pociągające.

Namiętność, pasja, dramat – tak Gardiner opisuje muzykę Brahmsa w komentarzu zamieszczonym w książeczce płyty i tak opisać można jego wykonanie. Ale jest w nim również swego rodzaju dwoistość, wzbudzająca mój wielki podziw. Retoryczna, barokowa „mowa” dźwięków współistnieje tu z romantyczną śpiewnością, ekstaza i kontemplacja stopione zostają w idealną całość. To Brahms „rewolucyjny i romantyczny”, choć jednocześnie ujęty w wyważone, klasyczne ramy. Jest tajemnicą Gardinera, w jaki sposób pozostaje mądry, opanowany i w każdym szczególe perfekcyjny, przy tak wielkim ładunku emocjonalnym. „Fuego y cristal” – pisał o Brahmsie Jorge Luis Borges. I w tych dwóch słowach zawiera się również istota genialnej interpretacji Gardinera.

Piotr Matwiejczuk jest muzykologiem i krytykiem muzycznym, pracuje w Redakcji Muzycznej Programu 2 Polskiego Radia.

Skomentuj!
















Trackbacks