Oto wielkie otwarcie – kurtyna unosi się jednym, szybkim, niespokojnym ruchem. Ten mocny gest wprowadza nas od razu w sam środek dramatu – cichego dramatu rozgrywającego się we wnętrzu doświadczonego przez los człowieka. Zagubionego, bolejącego, zrezygnowanego. Człowieka, który wybiera odosobnienie, samotną kontemplację. Oto medytacja tego, który „idzie z dala od dróg”, gdzie „w zaroślach ginie ścieżki ślad”, by wchłonąć go mogło pustkowie.
Ach, kto ukoi ból temu,
co balsam za truciznę ma?
Ten, który się nienawiścią
z nadmiaru miłości upijał?
Wzgardzony wprzód, dziś sam gardzący,
skrycie przetrawia wciąż
własną swą wartość
w nienasyconym samolubstwie. [1]
Jeden z najważniejszych, najbardziej wstrząsających i najbardziej osobistych utworów wokalno-instrumentalnych Johannesa Brahmsa do fragmentu poematu Goethego Zimowa podróż w góry Harzu. Na „niebieskiej” płycie Gardinera, w wykonaniu jego zespołów i niesamowitej Nathalie Stutzman brzmi niezwykle przejmująco.
Patrzę na zdjęcia Brahmsa, na dwa moje ulubione zdjęcia. Pierwsze, wyznaczające początek, to fotografia z młodości, z Józefem Joachimem. Brahms siedzi na bogato zdobionym fotelu, o który opiera się, trochę nonszalancko Joachim, z drugą ręką w kieszeni. Brahms, gładko ogolony, z włosami, jeszcze nie tak długimi, zaczesanymi jak zwykle do tyłu, patrzy w obiektyw. Joachim gdzieś obok, w bezkresną dal. Drugie zdjęcie wyznacza koniec. Właściwie są to dwa zdjęcia, oba zrobione w wiedeńskim mieszkaniu Brahmsa. Na jednym stoi z cygarem – widać fotel, biurko, na ścianie obrazy i popiersie Beethovena. Na drugim siedzi z nogą założoną na nogę na tle regału z książkami i partyturami. Już z długą, siwa brodą. Tym razem patrzy w obiektyw z powątpiewaniem? Z lekko ironicznym półuśmiechem? Z dostojeństwem?
Brahms spacerujący po Ringu, z kieszeniami surduta wypełnionymi cukierkami, które rozdawał napotkanym dzieciom. Brahms na przejażdżce powozem po Praterze w oparach aromatycznego dymu z cygara. Z daleka pobrzmiewa orkiestra Jana Straussa, którego tak bardzo cenił, że napisał mu najpiękniejszą dedykację, jaką mógł napisać kompozytor kompozytorowi, cytując początek jego, Straussa, najsłynniejszego walca. Już z daleka było widać, że to on – ta charakterystyczna sylwetka, staroświecki surdut, długa, posiwiała broda. Brahmsa nie można było pomylić, jak nie można pomylić jego muzyki z żadną inną. Jak to robił? To często dość proste zabiegi, które łatwo wskazać w partyturach, o których piszą muzykolodzy. W końcu wszystko można sprowadzić do harmoniki, melodyki, instrumentacji.
Ale inna rzez wydaje mi się ciekawsza. Bo nie zawsze przecież jest tak – pewnie częściej nie jest – że życie i dzieło są do siebie podobne. Że tworzą harmonijną całość. Czy tak jest w przypadku Brahmsa? Wierzę, że tak. Nie jestem pewien, ale właśnie wierzę. I to mi wystarcza.
Muzyka Brahmsa – niby taka prosta, niby wspierająca się na przebrzmiałej już przeszłości, taka zachowawcza i mało postępowa, w czasach gdy postęp był tak ważny. A przecież dziś nie ma to już znaczenia. I jeśli ktoś wypowiada się z lekceważeniem o Brahmsie, znaczy że go nie zna albo nie rozumie. Jeśli ktoś uważa, że Brahms to kompozytor salonowy, twórca pięknych melodii dla grzecznych panienek („czy lubi pani Brahmsa?”), ten nie dotarł do dramatycznej istoty jego twórczości. Nie dotarł również ten, komu wydaje się, że Brahms jest nieczuły, że jest emocjonalnie stłumiony. Ale czy wszystko musi być dosłowne? Otóż, często lepiej, jeśli nie jest. Wtedy jest piękniejsze i ciekawsze. Brahms cały przeniknięty jest – nawet jeśli podskórnie – dramatem, rozdarciem, czy też może nawet rozżaleniem i gniewem? Ten żal z dedykacji dla Straussa, że to nie on, Brahms… Ale w pewnym momencie zwycięża co innego: pogodny smutek, świadomość nieuchronności, która już nie wzbudza strachu. Pogodna rezygnacja.
fot. Ł.Rajchert
Z muzyką Brahmsa wiąże się jeszcze jedno moje wrocławskie wspomnienie i jeszcze jedna radiowa transmisja. Znów rok 2007, znów Katedra Polskokatolicka św. Marii Magdaleny. Paul McCreesh prowadził Gabrieli Consort, Chór Filharmonii Wrocławskiej, orkiestrę Sinfonia Varsovia oraz fantastycznych solistów: Mhairi Lawson i Dietricha Henschela. Cztery ostatnie pieśni Brahmsa w orkiestracji Detleva Glanera poprzedzały Niemieckie Requiem. Nie spodziewałem się, że ten utwór można zagrać w ten sposób. McCreesh poprowadził Brahmsowski traktat o śmierci i zmartwychwstaniu, wcielając się niejako w nas, zwykłych śmiertelników – przelęknionych, niepewnych swego losu, drżących na myśl o Sądzie Ostatecznym (którego wizji, nota bene, to dzieło przecież nie zawiera, ale „Tuba mirum spargens sonum” gdzieś w tle rozbrzmiewa). Pamiętam tę przejmującą zadyszkę, niepokój, zwątpienie. Pamiętam te nadzwyczaj szybkie tempa, jakby dyrygent chciał czym prędzej dać nam, wątpiącym, nadzieję.
Błogosławieni, którzy w Panu umierają.
Zaiste, mówi Duch, niech odpoczną od swoich mozołów,
bo idą wraz z nimi ich czyny.[2]
[1] Fragment wiersza Goethego podaję w tłumaczeniu Krystyny Jackowskiej-Pociejowej.
[2] Tłumaczenie Apokalipsy św. Jana 14:13 podaję za ksiązką programową 42. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans 2007
Piotr Matwiejczuk jest muzykologiem i krytykiem muzycznym, pracuje w Redakcji Muzycznej Programu 2 Polskiego Radia.
























Trackbacks