Wstrzymałem oddech przed rozpoczęciem Festiwalu – to też. Poza tym próbuję zaaklimatyzować się we Wrocławiu (co akurat trudne nie jest), ale przede wszystkim rozejrzeć w okołofestiwalowych sprawach, umówić na rozmowy z artystami, sprawdzić dokładnie co, gdzie i kiedy się odbywa. Już raz zdarzyło mi się przecież pocałować klamkę Filharmonii Narodowej i nie zdążyć na koncert, który odbywał się, akurat wtedy, w Teatrze Wielkim. A we Wrocławiu w końcu trochę kościołów zbudowano…

Czytaj dalej…

„Koroną na głowie Boga” nazwał Carl Friedrich Zelter introdukcję oratorium Józefa Haydna. Tę słynną introdukcję, kiedy to z mrocznych, dysonujących harmonii, zawieszeń i westchnień najpierw wyłania się łagodna tonacja Des-dur i wstępujące motywy instrumentów dętych – idea powstania wszechświata. Po czym następuje najbardziej niezwykła w historii muzyki wizja wielkiej, boskiej iluminacji – monumentalny w swej prostocie, oszałamiający efekt przejścia z tonacji c-moll i ledwie słyszalnego piano do potężnego akordu C-dur. „I stało się światło” – śpiewa chór.

Czytaj dalej…


Oto wielkie otwarcie – kurtyna unosi się jednym, szybkim, niespokojnym ruchem. Ten mocny gest wprowadza nas od razu w sam środek dramatu – cichego dramatu rozgrywającego się we wnętrzu doświadczonego przez los człowieka. Zagubionego, bolejącego, zrezygnowanego. Człowieka, który wybiera odosobnienie, samotną kontemplację. Oto medytacja tego, który „idzie z dala od dróg”, gdzie „w zaroślach ginie ścieżki ślad”, by wchłonąć go mogło pustkowie.

Czytaj dalej…

Po dwóch latach od pamiętnego występu w Świdnicy i jeszcze jednego koncertu we wrocławskiej Bazylice św. Elżbiety na Wratislavii 2007, Gardiner znów przyjechał na Festiwal. Tym razem z oratorium Izrael w Egipcie Jerzego Fryderyka Haendla. I choć to muzyka tak inna od kantat i motetów rodziny Bachów, znów mogłem przeżyć podobne olśnienie. Tym razem transmisję prowadziłem z Katedry Polskokatolickiej. Siedziałem w ławce, tuż przy wyjściu z zakrystii. Byłem umówiony z inspektorem orkiestry, że gdy będę kończył swój komentarz, da znać dyrygentowi, by ten wyszedł na ustawioną przed ołtarzem estradę. Gdy zbliżałem się do końca, dostrzegłem kątem oka Gardinera stojącego tuż obok. Puścił do mnie oko, po czym z tajemniczym uśmiechem ruszył prze siebie.

Czytaj dalej…

To moje najpiękniejsze wspomnienie z Wratislavii. Nie – był to najpiękniejszy koncert, na jakim kiedykolwiek byłem. Napięcia oczekiwania, atmosfery tamtego wieczoru, a przede wszystkim mistrzowskiego wykonania i genialnej muzyki nie zapomnę nigdy. Przyjechałem do Kościoła Pokoju w Świdnicy wcześniej, by posłuchać próby. Sir John Eliot Gardiner powtarzał – zdawało mi się, że bez końca – fragmenty motetów Johanna Christopha Bacha oraz dwóch arcydzieł Lipskiego Kantora: Actus Tragicus i Trauerode (Pozwól, pozwól, Księżno, zwól, by jeszcze jeden promień z gwiaździstego sklepienia Salem spłynął…1). To zresztą charakterystyczne dla wszystkich wielkich dyrygentów – podczas próby w dniu koncertu, a więc w momencie, gdy wszystko jest już przecież dopracowane, wciąż ćwiczą, szlifują, ulepszają. A cel i tak, jak sądzę, nigdy nie zostaje osiągnięty.

Czytaj dalej…


Termin „Atlantyda Północy” ukuł Kazimierz Brakoniecki, poeta, eseista, założyciel Wspólnoty Kulturowej „Borussia”. Nazwa ta oznacza świat dawnych Prus Wschodnich, który bezpowrotnie zniknął. Za którym tęsknimy, ale którego powrotu nikt rozsądny przecież by nie chciał. Z obecnością i nieobecnością, z teraźniejszością i przeszłością, z byciem i nie-byciem jest chyba tak, że trzeba nie być, by chcieć zacząć być. Prościej rzecz ujmując – kiedy tracimy, dopiero orientujemy się co tracimy. Nawet jeśli – tak jak w tym przypadku – nigdy tego czegoś nie posiadaliśmy. Dostaliśmy w (pewnie nawet niechcianym) spadku już minione, zniszczone, zatopione. To dziwny mechanizm – zastanawiam się nad tym, ilekroć pochylam się nad zardzewiałymi, pogiętymi żeliwnymi krzyżami albo ogrodzeniami na cmentarzach tej dziwnej, Północnej Krainy. I myślę, że gdyby one nie były tak pordzewiałe i tak powyginane przez czas i złych ludzi, to pewnie nie wzbudzałyby takich uczuć. Nie byłyby tak tajemnicze i piękne.

Czytaj dalej…

Słucham, więc jestem. Tak, oczywiście! Ale też: jestem, więc czuję. Oraz: słucham, więc czuję – to przede wszystkim. Dopiero potem włączam intelekt – analizuję, porównuję, oceniam. I jeszcze patrzę. Zawsze chętnie rozglądam się wokół. W mieście, zwłaszcza w tak pięknym i prawdziwie „miejskim” mieście, jakim jest Wrocław (uwielbiam i wciąż myślę, że może kiedyś udałoby się, tam, nad Odrą…), zawsze zadzieram głowę i staram się zauważać to, czego być może inni nie zauważają. Albo co ja sam, nie daj Boże, omiatałbym tylko wzrokiem, gdybym przechodził tymi ulicami codziennie. O moim Wrocławiu będzie później, najpierw o słuchaniu, deszczowej jesieni i podróżowaniu.

Czytaj dalej…

Jest niedościgłym mistrzem gry na wioli da gamba, artystą, który imponuje swoją wiedzą i hipnotyzuje fenomenalną grą. Jordi Savall, gwiazda festiwalu Wratislavia Cantans 2005, mówi o znaczeniu ciszy i kolorów w muzyce, o wykonawstwie historycznym oraz o swojej recepcie na szczęście.

Czytaj dalej…

Nazywany bywa „głosem anioła”. Jest najwybitniejszym kontratenorem naszych czasów. W 2009 roku występował na festiwalu Wratislavia Cantans. Andreas Scholl wyjaśnia, dlaczego lubi występować w nocnych klubach, zastanawia się nad tym, co znaczy dziś być mężczyzną, krytycznie analizuje nurt wykonawstwa historycznego i dowodzi, że opera barokowa jest jak kino hollywoodzkie.

Czytaj dalej…

Philippe Herreweghe, gość Wratislavii Cantans 2010, legendarny interpretator kantat i pasji Bacha, wspomina historię powstania swojego zespołu Collegium Vocale, mówi o własnym stylu wykonawczym, analizuję Wielką Mszę h-moll i kreśli portret psychologiczny Jana Sebastiana.

Czytaj dalej…