Nigdy już nie usłyszymy muzyki tak, jak dane to było ludziom jeszcze sto lat temu. Także dlatego, że żyjemy w ciągłym hałasie. Nie tylko w niemal każdej chwili atakowani jesteśmy dźwiękami, ale są one także coraz głośniejsze, jaskrawsze, przenikliwsze. To tendencja, którą, niestety, daje się zauważyć również w muzyce „poważnej”. Szybsze tempa, większy wolumen brzmienia, wyżej strojone instrumenty – wszystko to wynika z konieczności dostarczania coraz silniejszych bodźców w coraz głośniejszym świecie.

Czytaj dalej…

Nigdy już nie usłyszymy muzyki tak, jak dane to było ludziom jeszcze sto lat temu. Nigdy nie dowiemy się, co znaczyły dla uszu drugiej połowy XVIII wieku te wszystkie drobne – dla nas dziś niemal niezauważalne – zboczenia harmoniczne, rozrzucone tu i tam po partyturze znaki chromatyczne, subtelne różnice temp, zmiany metrum zapisane ręką Mozarta. Dla nas nie ma to większego znaczenia. Podobnie jak zasady retoryki muzycznej wynikające z barokowej teorii afektów, której echa można znaleźć jeszcze u Chopina. Podobnie jak semantyka tonacji muzycznych. Owszem, czujemy jakąś tajemniczą doskonałość dzieł Mozarta, ale dla wielu to tylko konwencjonalna twórczość pisana przez sprośnego wesołka z filmu Miloša Formana. Nie dane nam jest docenić gry z konwencją, którą Mozart toczył przez większą część swego kompozytorskiego życia. Nie bardzo rozumiemy, dlaczego genialny egzegeta twórczości Wolfganga Amadeusza, Alfred Einstein, nazwał go „konserwatywnym rewolucjonistą”, ewentualnie „rewolucyjnym konserwatystą”.

Czytaj dalej…

Określenie „Atlantyda Północy”, o którym już tu pisałem, było pierwotnie tytułem wystawy niezwykłych zdjęć – kolekcji fotografii ze zbiorów dawnego Urzędu Konserwatora Zabytków w Królewcu. Przez kilkadziesiąt lat sami konserwatorzy oraz ludzie przez nich wynajęci dokumentowali Prusy Wschodnie. Nie tylko zabytki ruchome i nieruchome, lecz także pejzaże i ludzi. Wystawa ta, przygotowana przez Wspólnotę Kulturową Borussia, pokazana w Olsztynie niedługo po przełomie roku 1989, wywołała sensację. Może wręcz sensację niezdrową. Po wielu latach, całkiem niedawno, została przypomniana w tym samym miejscu, ale już w zupełnie innym czasie. Na szczęście nie wywołała już tak silnych emocji natury, powiedzmy, politycznej. Przygotowała ją ponownie Małgorzata Jackiewicz-Garniec, która też, wraz z Kazimierzem Brakonieckim, opowiadała fascynującą historię tych zdjęć w audycji, którą przygotowaliśmy dla Programu 2 Polskiego Radia. Czytaj dalej…

Z ruchem „wykonawstwa historycznie poinformowanego” jest jak z koniem. Jaki jest, każdy widzi. Tylko że każdy widzi (słyszy) inaczej…

Czytaj dalej…

Poczułem się zbity z pantałyku,  kiedy pewien dziennikarz telewizyjny zapytał mnie na wizji, jak słucha mi się dzieł religijnych prezentowanych na Wratislavii, podczas gdy tuż obok odbywa się lewicowy Europejski Kongres Kultury. Pytanie swoją drogą ciekawe, choć nie potrafiłem znaleźć w pełni satysfakcjonującej odpowiedzi. Nie znałem jednak kontekstu. Dopiero dziś zajrzałem do gazet i zobaczyłem, co się święci.

Czytaj dalej…

Bach elegancki, delikatny, zwiewny, taneczny, radosny. Bach unoszący się metr nad poziomem kościelnej posadzki. Bach „sonorystyczny” i instynktowny.  Bach „bez kantów” – okrągły, miękki, o impresjonistycznie rozmazanych konturach. Można lubić takiego Bacha, wiem. Ja wolę innego, ale doceniam. Sprawdziło się wszystko, o czym mówiła Magda Łoś. Zgadzam się z Dorotą Szwarcman, która pisze o tym, że nie było w interpretacji Rachel Podger ani huśtawki nastrojów, ani kontrastujących barw. I może właśnie szkoda, że angielska skrzypaczka nadała muzyce Bacha jedynie kolory pastelowe. To nie mój Bach. Ale przecież nikt na muzykę Lipskiego Kantora nie ma monopolu. I dobrze.

Czytaj dalej…

Il mondo, che gira – świat, który się obraca, muzyka, która wciąż jest taka sama i nigdy taka sama nie jest. We współczesnej kulturze europejskiej zagubiliśmy pierwotne postrzeganie świata i czasu, które w kulturach tradycyjnych wciąż gdzieniegdzie jest żywe. Dla nas czas biegnie po osi współrzędnych – nieustannie do przodu. Ale kiedyś zataczał kręgi, choć jednocześnie upływał. Tę jedność w zmienności najlepiej oddaje schemat spirali.

Czytaj dalej…

Na wrocławskich ulicach – wciąż rozświetlonych jeszcze bardzo ciepłym, letnim słońcem – można zapoznać się z aktualnościami kulturalnymi miasta. Z plakatów, banerów, ulotek  i innych form reklamy, których nazwać nie potrafię, dowiedziałem się między innymi, że trwa festiwal Wratislavia Cantans (zresztą o tym ktoś wspominał mi już wcześniej, tylko kto…), że lada dzień rozpoczyna się Europejski Kongres Kultury, że w schronie przy pl. Strzegomskim otworzyło się Muzeum Współczesne. Spotkałem się także z inną, niezwykle sympatyczną informacją – 21 listopada obchodzimy Dzień Życzliwości. Plansza zawieszona na dziwnej konstrukcji stojącej na ul. Świdnickiej zachęcała mnie do tego, bym i ja „znalazł się wśród życzliwych”.

Czytaj dalej…

Przyznaję, że takiej dawki muzyki średniowiecza na żywo jeszcze nigdy sobie nie zaaplikowałem. Po czym zamilkłem… Bo też mówienie (pisanie) o muzyce jest sztuką niezwykle trudną, balansującą na granicy tego, co niemożliwe. Gdyby nie istniało kilka genialnych, klasycznych już dziś książek (Schweitzer o Bachu, Einstein o Mozarcie), napisałbym, że ubieranie muzyki w słowa jest wręcz pozbawione sensu. Zwłaszcza w przypadku sztuki dźwięków, która liczy sobie osiem stuleci, a swoimi znaczeniami, całym kontekstem i podbudową teoretyczno-filozoficzną, ale też po prostu warstwą czystą zmysłową – proszę wybaczyć określenie – zapędza nas w kozi róg, stawia bezbronnych pod ścianą.

Czytaj dalej…

Trafnie przewidziałem problemy ze snem po pierwszym koncercie tegorocznej Wratislavii. Sposób, w jaki Benjamin Bagby opowiada Beowulfa, jest tak sugestywny, teatralny, dramatycznie nasycony i po prostu piękny, że po wszystkim trudno ochłonąć. Chciałoby się jeszcze i jeszcze. Apetyt zaostrza świadomość, że to, co przedstawił we Wrocławiu, to tylko niewielka część eposu.

Czytaj dalej…